Szliśmy sobie wczoraj z Żoną przez Stare Miasto, gdy w toku dyskusji okazało się, że znowu mam czegoś nie robić (lista, zawierająca między innymi odzywanie się do niej rano, podśpiewywanie Gangnam Style, gryzienie w szyję, dopytywanie się, co było w pracy i podbieranie smakołyków z jej kuferka robi się coraz dłuższa). Nie mam czegoś robić, po ona, Żona, mi zakazuje. Zaprotestowałem:
J: A gdzie jest równość w naszym związku?! Dlaczego ja nie mogę tobie niczego zakazać?
Ż: A co to w ogóle za dziwne słowo na R, co ono oznacza?
J: To, że jak ja ciebie słucham, to ty też masz mnie słuchać. Jak ja ciebie nie biję, nie poniżam, nie uwłaczam, nie stosuję przemocy fizycznej i psychicznej, to ty też powinnaś mnie nie bić, nie poniżać, nie uwłaczać, nie stosować przemocy.

(tu mój wtręt – zabawne wydaje się wyobrażenie sobie małej kobietki bijącej wielkiego mężczyznę, jednak za wiele takich sytuacji w życiu widziałem, w których dziewczęta metr pięćdziesiąt pięć w szpilkach okiełznywały bez słowa sprzeciwu takich kafarów, na których ja bym się bał krzywo spojrzeć, żebym uznał to wyłącznie za fantastykę)

Ż: A czy ja cię biję?
J: Zdarzyło ci się, że mnie uderzyłaś, w głowę albo w brzuch…
Ż: Konkrety, misiu, gdzie i kiedy? Daty, godziny, miejsca!
J: Tak mnie zastraszyłaś, że już nie pamiętam.

Wspaniały argument, każda odpowiedź na niego jest zła. Żona załapała, w jaką pułapkę się wpędziła w tej dyskusji i przyznała, że jednak chyba wie, o co z tą równością chodzi.

A mnie przypomniała się w tym momencie scena z filmu, który kiedyś oglądaliśmy, „Baśń o ludziach stąd” się on nazywa. Gość okłada w niej swoich podwładnych gumową pałką za ich rzeczywiste bądź wyimaginowane przewiny, a w przerwie na odsapnięcie mówi do nich: „Odpowiedź jest prosta: tak lub nie. A pytanie brzmi: Nie przestawać?”

No to nie przestawać?