Mężczyzna tak długo jest młody, jak długo głupoty mu w głowie. To właśnie te rzeczy, które przez kobiety (w tym i przez moją Żonę) są uznawane za zdziecinniałe, niepotrzebne lub wynikające wyłącznie z chęci popisania się są oznaką tego, że mężczyzna ciągle jest w pełni sił witalnych. W momencie, kiedy serwowaną piłkę zastępuje w ręku pilot, zorganizowanie kilkugodzinnego wypadu w miejsce odległe o 100 kilometrów wymaga siedmiodniowych przygotowań i konsultacji z kardiologiem, a mięsień dwugłowy ramienia nie kurczy się, gdy przechodzi obok ciebie kobieta - niestety, jesteś stary.
Najbardziej przerażające jest to, że najłatwiej w mgnieniu oka zestarzeć się właśnie przy kobiecie, której dedykowało się te wszystkie bramki strzelone w meczach z kumplami i którą zabierało się w środku lutego nad morze tylko po to, by pochodzić chwilę po molu w Sopocie. W dodatku podrywanie tych wszystkich kobietek, które się na twój widok uśmiechają, też nie wchodzi w grę, chyba że lubisz zęby swojej kobiety mieć wbite w gardło. Nie twierdzę przy tym, że wymaganie wierności jest przeżytkiem - wprost przeciwnie, prawdziwy mężczyzna jest wierny. Jeśli ktoś ma problemy ze zbytnią samorządnością penisa, niech po prostu nie kryje tego przed żadną kobietą, z którą ma do czynienia więcej niż "Pani tu podpisze, pani Basiu". Elementarna uczciwość tego wymaga.
Jadę grać z chłopakami w nogę, sorry Żono - niedzielne wieczory 19:15 - 21:00 na jakiś czas po prostu nie są twoje. Robię to dla twojego własnego dobra.
Tagi: kobieta, piłka nożna, mężczyzna, głupoty, penis, młodość, starość, podrywanie, uczciwość, popisywanie się
skomentuj (6)
Mijający właśnie tydzień zapisuje się mi w pamięci jako szczególny z dwóch powodów.
Po pierwsze, po ponad pół roku ponownie zaburzyła mi się proporcja pomiędzy czasem spędzanym w pracy a spędzanym poza nią - trzaskam nadgodziny jak opętany, wyprzedzając w tym momencie już o parę dni harmonogramy, wychodząc z głęboko zakorzenionego przekonania, że nadgodzina wypracowana w warunkach pogodowych takich, jakby sam car Mikołaj wstał z grobu i obrał za swoją stolicę skądinąd piękne miasto Kielce (bez urazy!) będzie miała nieporównywalnie większą wartość, gdy stanie się nadgodziną wybraną w stosunku 1:1 wtedy, gdy globalne ocipienie, pardon, ocieplenie przypomni sobie, że 38 milionów Polaków nie może się mylić, żądając lata ciepłego i słonecznego.
Po drugie, po raz pierwszy od dawna większość czasu świadomie spędzanego spędzam w towarzystwie stricte męskim. Począwszy od niedzielnej piłki halowej, przez znacznie większą ilość czasu spędzanego na czymkolwiek z nielicznymi przedstawicielami pierwiastka męskiego w moim zakładzie, środowy wypad do kina z kumplem z pracy na niewiarygodnie idiotyczne "Ciacho" (dzięki ci, o wielka sieci komórkowa, za dobrodziejstwo Śród z Orange!), czwartkowe odśnieżanie dachów w zakładzie... A na pewno coś pominąłem. W tym tygodniu Żona mogła się mną nacieszyć li tylko w łóżku, a mylą się ci, którzy sądzą, że wytrzymuję tam przepisowe osiem godzin. Kładę się spać coraz później (bo późno wracam z pracy), wstaję też dużo wcześniej (co z kolei jest pokłosiem konsekwentnego unikania dojeżdżania samochodem do pracy - przynajmniej do czasu, gdy kilkudziesięciocentymetrowa warstwa śniegu pokrywa większość uliczek w okolicach zakładu).
W zanadrzu trzymam jeszcze poniedziałkowe kombinowane wypady futsalowo-siatkówkowe, które zamierzam uskutecznić zaraz jak tylko warunki drogowe pozwolą na bezproblemowe przemieszczenie się niezbędnych kilkudziesięciu kilometrów samochodem oraz gdy nowe halówki rozmiar 49 zastąpią te, które w zeszłą niedzielę odeszły do Krainy Wiecznych Meczów, by odtąd tam już nieniepokojone czyhać na zbyt długie podania i za daleko wypuszczone piłki.
Tagi: zima, praca, orange, globalne ocieplenie, samochód, siatkówka, kumple, testosteron, nadgodziny, futsal
skomentuj (1)
Okazało się, że Żona nie obraziła się o to, że pouczałem ją w kuchni na temat sposobu składania naleśników w burritos. Ona się obraziła o to, że nie spędzam z nią czasu, tylko gapię się w komputer, a moje zainteresowanie nią ogranicza się do przygotowania jedzenia i seksu. A przecież ona tak stara się zwrócić na siebie moją uwagę! Buszuje po JoeMonsterze na swoim laptopie, szyje sukienkę, je wspólnie przygotowany obiad, przecież jak mógłbym to przegapić. Fakt, że za jej wiedzą, zgodą, pozwoleństwem oraz przy sprzeciwie wobec współoglądania w końcu miałem okazję przyjrzeć się w youtube'owej wersji przerażającej wizji Polski w telewizyjnej sztuce "19. południk" Jana Machulskiego jakoś jej umknął.
Żałuję przede wszystkim, że nie mogę pokazać jej, że jednak mi też zależy. Najwcześniej w sobotę nie wyjdę do pracy nocą i takoż nocą z niej nie wrócę. I to tylko dlatego, że w tą sobotę nie pracuję.
Tagi: kuchnia, praca, kłótnia, foch, naleśniki, teatr telewizji, spędzanie czasu, nadgodziny, jan machulski, 19. południk
skomentuj (2)
Gdyby kazać ulepić mi pierogi na święta, najbezpieczniej byłoby oczekiwać pierwszych efektów gdzieś na początku lata. Za to gdyby okazało się, że ostatni kilogram mąki na te pierogi znajduje się w sklepie Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska w Skołoszynie, to za góra 15 minut znalazłby się on w rękach lepiącego je za mnie, choćby i w Świnoujściu. Chcesz mnie ukarać, każ mi coś zrobić ręcznie, a gwarantuję, że będę to robił z taka cierpiącą miną, że będziesz sam wolał to zrobić, żebym tylko przestał się tak patrzeć. Moja Żona wie o tym doskonale.
Wychodzę jutro do pracy o 6 rano, wrócę około 22, więc wymyśliłem sobie zamiast kupowania gdzieś obiadu przygotowanie smacznego i sycącego posiłku domowymi siłami. Korzystając z tego, że nie wszystkie naleśniki opędzlowaliśmy na obiad, wymieszałem na patelni co nieco wstępnie przetworzonej wieprzowiny, paprykowe leczo, sos pomidorowy, wszystko doprawiwszy sporą ilością bazylii i węgierską ostrą papryką w ilości wystarczającej do spalenia hektara lasu. Przeczuwając problemy z zawinięciem tejże mieszanki piorunującej na kształt burritos wywołałem z pokoju do kuchni Żonę.
J: Pomóż mi zawinąć farsz w naleśniki... - poprosiłem najładniej jak umiem, a Żona pełna dobrych chęci się do tego zabrała. - Ale nie tak! - szybko poprawiłem, jednocześnie szybko przypominając sobie, czy mówiłem jej, że chciałbym, żeby to były burritos - mówiłem, i zapobiegając zrobieniu... no w każdym razie nie burrito z pierwszego naleśnika.
Resztę naleśników koślawo zawijałem już sam. Obrażona Żona wróciła do pokoju. Bo przecież ona wiedziała, jak zawinąć, szkoda tylko, że nie tak, jak o to ją poprosiłem i na co się zgodziła.
Tagi: kuchnia, praca, jedzenie, mięso, prace ręczne, papryka, naleśniki, bazylia, burritos, farsz
skomentuj (1)
Na zakończenie tematu, garść smaczków ze stycznia 2010. Od teraz każdego ostatniego dnia miesiąca postaram się wybrać co ciekawsze zapytania z wyszukiwarek i je tutaj umieścić.
24) żona ma w dupie obiad - noo, po parunastu godzinach rzeczywiście on tam się znajduje, ale po co komu ta wiedza?
25) teściowa zwaliła mi konia - zaiste, pozazdrościć nowej rodzinki.
26) przeleć mi żonę - że niby ja? Dziękuję, postoję.
27) powiedziałem prawdę o teściowej a ona się obraziła - ale całą prawdę, tylko prawdę czy gówno prawdę?
28) podanie o zwolnienie na wieczorne wyjście z kumplami - tak się kończą małżeństwa z urzędniczkami.
29) nie mogłem wyjechać samochodem z powodu śniegu - i co, Google ma pomóc?
30) moja żona ma focha co zrobić - klękaj, przepraszaj, błagaj o litość. Nie masz już nic więcej do powiedzenia.
31) jestem zmeczony po podrozy ona tego nie rozumie - to trzeba było wracać?
32) jak przestać się by nie być zazdrosną żoną - panowie, może ta pani nie do końca wie, jak napisać to, co chce napisać, ale złóżmy hołd i wyrazy szacunku temu mężczyźnie, który owy skarb ma w domu!
33) dziewczyna mnie przeprasza - kolejny szczęściarz, psia mać.
34) co zrobic zeby seicento lepiej grzało - jak się dowiesz, daj mi koniecznie znać.
35) www.sposob na zone ktora nie lubi się kochac.pl - jasne, akurat stronę taką w internecie znajdziesz.
No po prostu kocham te statystyki!
Tagi: blog, ciekawostki, żona, google, statystyki, bing, słowa kluczowe, search, jak to się robi
skomentuj (4)
Pozwolę sobie dzisiaj na kontynuację wczorajszego tematu, tym razem pora na smaczki z końca listopada 2009 i z całego grudnia 2009. Jutro natomiast - czego ludzie szukali tutaj w nowym roku.
11) jak rozmawiac z zona gdy nie odzywa sie dluzszy czas - człowieku, jeśli tylko nie jest ona na Haiti, dziękuj Bogu, otwórz piwo, zostaw skarpetki w losowym miejscu, a gary z wczorajszego nieudanego eksperymentu kulinarnego zostaw w najwidoczniejszym kącie kuchni. Ona pęknie pierwsza, przeszłe pokolenia nie mogą się mylić!
12) jak przeprosić teściową - cokolwiek żeś narobił, spoczywaj w pokoju.
13) darmowe rozmowy zdziewczynami - jak to dobrze, że moja Żona nie każe sobie płacić za rozmowy z nią.
14) czy w tesco są papierosy - tak, są. Nie ma za co.
15) co zrobić żeby się nie obraziła - nie masz na to najmniejszego wpływu, kochaniutki.
16) jak się wyszywa - szczerze? Ale szczerze? To ja nie wiem.
17) zareczyny w polomarkecie - gratuluję fantazji. Co będzie następne? Ślub w Banku PKO? Chrzciny w Stacji Unasienniania Zwierząt?
18) teściowie zabrali żonę - sami? Nie musiałeś dopłacać? Podaj adres, wpadniemy na imprezę!
19) robienie sobie dobrze w samochodzie - A gdyby tutaj staruszka przechodziła do domu starców, a tego domu wczoraj by jeszcze nie było, a dzisiaj już by był?
20) kupiłem jej kwiaty a ona się obraziła - no jak żeś jej kupił chryzantemy w doniczce, to ja się wcale nie dziwię.
21) ja robic zeby rzona byla zazdrosna - zacząć zwracać więcej uwagi na słownik ortograficzny niż na nią?
22) co się robi w sypialni z żoną - nasuwa mi się jedno pytanie, a co robiłeś do tej pory?
23) helsinki wódka zgrzewka - no i nareszcie jakiś konkret!
Tagi: blog, ciekawostki, żona, google, statystyki, bing, słowa kluczowe, search, jak to się robi
skomentuj (0)
Jedną z najciekawszych rzeczy związanych z pisaniem bloga, którego ktokolwiek czyta, jest możliwość podejrzenia sobie statystyk jego oglądalności. W końcu skąd bym wiedział, że najwierniejszą jego czytelniczką jest (oprócz mojej Żony, potrafiącej zajrzeć tu parę razy dziennie) panirose, a komentarze oprócz nich najczęściej przeglądają andromeda, jac i wkurzanie. Że najwięcej osób zagląda tutaj na poranną kawę i po powrocie z pracy, zaś za nocne wizyty odpowiadają głównie Japonia, Australia, Argentyna i Peru. Że polecenie notki na blog.pl daje kilkudziesięciu nowych gości, natomiast strona główna onet.pl to kilka tysięcy murowanych odwiedzin w krótkim czasie. Przykłady można mnożyć. Jest jednak coś, co każdego dnia mnie śmieszy, tumani, przestrasza.
Słowa kluczowe, które ludzie wpisują w wyszukiwarkach, a po których trafiają na dłużej lub krócej na tego bloga. Prym wiedzie oczywiście fraza "za co ona się obraziła", w różnych wersjach z ogonkami czy bez, poprawnie ortograficznie lub nie, wpisując to hasło w Google, search.com czy Bing trafia tu dziennie kilkanaście osób. Ludzie jednak nie tylko o to pytają się wujka Google i jego krewnych. Oto wybór co ciekawszych fraz (na początek z października i listopada 2009, zachowana pisownia oryginalna):
1) z kąd wiedzieć kiedy jest rocznica jak nie zapytasz sie jej o chodzenie - wybierz dzień, dorób ideologię, kup kwiaty miesiąc po, dwa miesiące po, trzy miesiące po i dalej konsekwantnie; będzie się burzyć - zarzuć, że szanuje twoich ważnych wspomnień związanych z tym, jak przeżywałeś początki waszego zauroczenia. Proste?
2) ona się obrazila za nic - tja, jasne. Głupiś, kury szczać tobie prowadzać, a nie za kobiety się brać.
3) oddam dupę mojej żony - pics or it didn't happen!
4) jak namówić żonę do robienia laski - idę o zakład, że to ten sam gość, który potem wklepał hasło numer 2.
5) zagrożenia wynikające z używania telefonów komórkowych - no, yyy, żona może się obrazić?
6) teściowa w moim łóżku - i sam człowiek nie wie, gratulować, pocieszać, ganić?
7) tam gdzie kończą się argumenty zaczyna się foch - przyznaj się, gdzieżeś to wyczytał, chłopcze?
8) odbicie dupy na skórze w samochodzie czym to zmyć - a co, nowa dupa o starą dupę zazdrosna?
9) mąz wyjechał odpoczac chociaż żona nie wyrazila na to zgody - droga pani, a może właśnie dlatego, że pani tej zgody nie wyraziła?
10) jak wkurzac sie na zone i pokazywac jej ze cos jest nie tak - jak mawiał poeta, daremne żale, próżny trud, bezsilne złorzeczenia.
A ty jak trafiłeś na tego bloga?
Tagi: blog, ciekawostki, żona, google, statystyki, bing, słowa kluczowe, search, jak to się robi
skomentuj (11)
Artur Boruc objedzony hamburgerami z McDonald's może przytyć tak, że nie oderwie się od ziemi w bramce Celticu Glasgow. Adam Małysz kiedyś w końcu przestanie przeskakiwać punkt K i chociaż on zdaje się wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym, to nam od czasu do czasu zdarza się myśleć, że to już tuż, tuż. Nawet Sławomir Szmal nie w każdym meczu wyjmuje 50% piłek. Żona też miewa obniżki formy.
Ż: Tak mało się ostatnio kłócimy, i to fajne jest. Nie moglibyśmy tak dłużej?
W ogóle wymuszona zimą decyzja o tymczasowym uziemieniu samochodu zaczyna pozytywnie skutkować. Wracaliśmy wczoraj wieczorem z kina w śnieżnej zadymce tramwajem i spory kawałek do tego pieszo - i był to jeden z najmilszych naszych spacerów od dawna, powiem więcej - jeden z pierwszych spacerów od dobrych dwóch lat, czyli odkąd dysponujemy samochodem.
----------
Jeszcze gwoli wyjaśnienia. Nikt tu nie MUSI się ze mną zgadzać. Często specjalnie wsadzam kij w mrowisko, mając pełną świadomość faktu, że niektóre moje poglądy mogą być niepopularne, nieżyciowe czy staroświeckie. Blog jest moderowany wyłącznie pod kątem komentarzy jawnie wulgarnych, wszystkie inne chwyty są dozwolone.
Tagi: samochód, forma, piłka ręczna, kłótnia, adam małysz, celtic, artur boruc, hamburger, punkt k, sławomir szmal
skomentuj (1)
W zasadzie tytuł notki mógłby starczyć za całą treść. Dodam jednak na ten temat parę słów.
Nie chodziło nam nawet o to, że rodzice mogliby sobie takiego rozwiązania nie życzyć czy Kościół w swojej nauce na to się nie zgadza. Spotkałem kiedyś księdza, który w fanatycznym zacietrzewieniu gotów był stwierdzić, że wynajmowanie przez mieszany damsko-męski skład osobowy mieszkania nawet bez jakichkolwiek konotacji związkowo-seksualnych jest ciężkim grzechem do wyznania w każdy pierwszy piątek miesiąca. Mieszkanie osobno do ślubu było dla nas świadomą i nieprzymuszenie podjętą decyzją. Powiem więcej, natręctwo pytań znajomych, którzy nie mogąc nadziwić się faktowi, że "już trzy lata jesteście razem i jeszcze ze sobą nie mieszkacie" wręcz na siłę popychali nas do podjęcia takiej, a nie innej decyzji.
Samotnie spędzone wieczory nauczyły nas paru ważnych rzeczy, które teraz bardzo nam przydają się w małżeństwie. Doceniamy możliwość wtulenia się w drugą osobę, kładąc się spać. Cieszymy się, że to drugie nie musi już uciekać do swojego mieszkania ostatnim dziennym lub pierwszym nocnym autobusem. Rozdzielenie szafek na ubrania i półek w łazience przebiegło bezboleśnie, a moje skarpetki już nie walają się gdziebądź, ale lądują za moją sprawą w specjalnie do tego przeznaczonym koszu. Zapach moich skarpetek o ósmej wieczorem nadaje się wyłącznie do tego kosza.
Bardzo się cieszę, że zamieszkaliśmy ze sobą dopiero po ślubie.
Tagi: radość, debata, ślub, rodzice, autobus, wiara, kościół, mieszkanie, skarpetki, ksiądz
skomentuj (20)
Za dwadzieścia dwie godziny na moje konto wpłyną moje pobory za styczeń. Za dwadzieścia dwie godziny i pięć minut w całości zostaną przelane na konto mojej Żony i od tego momentu oczekuję od niej, by dosłownie WYDZIELAŁA mi niezbędne do funkcjonowania środki. Dobrodziejstwem Mbanku i przez przypadek darmowego Internetu w telefonie komórkowym jest to, że awaryjny przelew między nami idzie w ciągu, o, już przyszedł. Starczy mi mieć 20 złotych na stałe w kieszeni.
Liczę, że w ten sposób uda mi się przyoszczędzić trochę pieniędzy na zakończenie w końcu studiów, poza tym zamierzam uciąć sobie kurek z nielimitowanym paliwem (środa - zakup biletu miesięcznego na linie tramwajowe, wszędzie w mieście, gdzie nie da się dojechać tramwajami w naszym mieście da się dojść pieszo). Wyjdzie mi to na pewno na zdrowie, tak jak piłka nożna dwa razy w tygodniu plus siatkówka raz. Najwyższy czas pozbyć się nadmiaru mnie.
Czy to wypali, nie wiem. Nie ryzykuję jednak zbyt wiele, więc sądzę, że warto zaryzykować.
Tagi: zdrowie, piłka nożna, pieniądze, samochód, siatkówka, tramwaj, wypłata, paliwo, przelew, bilet miesięczny
skomentuj (6)
Wypłata dopiero w poniedziałek, pustka w portfelu już dzisiaj, oszczędności nie chcę naruszać, więc nic dziwnego, że niedawno znowu między nami wynikł temat pieniędzy, zwłaszcza że w portfelu Żony jednak szczątkowe ilości PLN zostały. Nie lubię tego robić, ale od czasu do czasu jak zabraknie mi gotowizny przy tyłku jestem zmuszony do proszenia jej o przelew czy parę złotych. Wiem jednak, że do sytuacji, gdy Żona dysponuje gotówką, a ja mam w portfelu tyle, ile potrzebuję na bieżąco, powinienem się powoli przyzwyczajać. Fajnie to funkcjonuje między moimi rodzicami: taty wypłata i mamy emerytura wędrują na jedno, wspólne konto, do którego kartą bankomatową dysponuje mama. Tata dopiero w zeszłym miesiącu zrobił samodzielnie pierwszy przelew w iPKO, nie przypominam sobie natomiast, by kiedykolwiek udawał się do bankomatu. Pieniądze w jego portfelu pojawiają się co wieczór za dyskretną sprawą mamy - nie przypominam sobie, by kiedykolwiek pokłócili się o nie, prędzej o "małpi rozum" taty, który zresztą po ojcu odziedziczyłem, by denerwował kolejne pokolenie Żon w naszej rodzinie. Bardzo chciałbym, by między mną a Żoną kiedyś sprawy finansowo-majątkowe właśnie w ten sposób działały. Dlatego też dążę do tego, by wszystko co mam, było wspólne z Żoną, wychodząc z założenia, że o własne, czy nawet współwłasne, dba się bardziej niż o cudze.
Od czasu do czasu Żona przeprasza mnie za to, że jest materialistką, że lubi mieć pieniądze i posiadać rzeczy. Przy okazji pyta się mnie, czy mi to w niej nie przeszkadza. Konsekwentnie jej odpowiadam, że właśnie ten jej materializm w niej uwielbiam. Bo ja jestem dokładnie taki jak ona.
Lubię mieć pieniądze i wcale mi nie zależy na tym, by ukrywać czy to tą chęć, czy też stan ich posiadania przed Żoną.
Tagi: pieniądze, finanse, wypłata, portfel, bankomat, oszczędności, materializm, przelew, ipko, małpi rozum
skomentuj (1)
Nie miałem okazji poznać okazji poznać moich dziadków. Obie babcie za to wpisały mi się za to tak trwale w krajobraz mojego dzieciństwa, że do dzisiaj używam zwrotów typu "mądrala od świeżego powietrza" czy "tyle lat za krowami chodził, a jeszcze cielę", a bułka z sezamem maczana w gorącym mleku zdaje się być wczorajszą kolacją.
Babcia Pierwsza
W ciepleszych miesiącach mieszkała w naszym domu, na zimę przenosiła się do mieszkania córki do miasta. Wszędzie była u siebie, nigdzie nie była wścibska, wszędzie była życzliwa i wszędzie życzliwość ją otaczała. Jej przyjaźń z sąsiadką zza płotu przetrwała ponad 60 lat. Latem objechała z moim kuzynem wszystkie "swoje miejsca", jeszcze wieczorem siedziała z nami w kuchni i żartowała. Rano już nie wstała z łóżka, o 15 nie żyła - ale umarła otoczona niemal całą rodziną. 21 września minie 10 lat.
Babcia Druga
Wywieziona za młodu na roboty przymusowe w głąb III Rzeszy, utraciła swoje miejsce na ziemi, gdyż jej rodzinne Mołodeczno już nie było Polską, tylko Biełaruskają Sacjalistyczną Riespubliką Sawiecką. Zaraz po wojnie straciła nowo narodzone pierwsze dziecko, za ostatnie pieniądze kupiła z dziadkiem pustą działkę, gdy zbudowali na niej dom, dziadek zmarł na nieleczone zapalenie nerek, a ona została z dwójką nastoletnich dzieci. Może to właśnie tak konsekwentnie wracała do tego Nowego Swojego Miejsca za każdym razem zapowiadając na początku każdego kilkudniowego przyjazdu dokładną datę swojego wyjazdu. Po wykryciu u niej raka trzustki z przerzutami spędziła ostatni miesiąc życia w naszym domu. Zmarła zimowego wieczora, otoczona rodziną. 3 grudnia minie 7 lat od tego dnia.
Te dwie dwie rzeczy nauczyły mnie w życiu jednej ważnej rzeczy: w mojej rodzinie starych ludzi się na śmietnik nie wyrzuca, jak się zużyją.
Tagi: rodzina, życie, debata, śmierć, przyjaźń, babcia, rak, młodość, dziadek, starość
skomentuj (5)
Gdy jechałem dzisiaj rano do pracy, w radiowej Jedynce leciał reportaż o kalesonach. Co ciekawe, wszystkie indagowane panie odpowiadały, że oczywiście, mąż (jeden nawet świętej pamięci)/narzeczony/chłopak, wszyscy oni je noszą. Czy ochoczo? Oczywiście! - odpowiadały panie. Przecież w kalesonach jest cieplej i w ogóle wygodniej w zimie, a nasi panowie przyjmują te oczywiste fakty do wiadomości i korzystają z ich dobrodziejstw. Ich wypowiedziom przeciwstawiono poglądy dwóch panów (w tym nawet jednego posła), którzy bez zażenowania przyznali się do tego, że kalesonów nie noszą, bo obciach i niewygodnie, a w ogóle to oni są "gorące chłopaki" (pan poseł też, jakby kto pytał). Szczerze - dla mnie konieczność zakładania na polecenie rodzicielki tego elementu bielizny do szkoły była tak wielką traumą w czasie podstawówki i wczesnego liceum (zwłaszcza w dniach, gdy był w-f), że dzisiaj nawet gdy za drzwiami mieszkania jest Suwalszczyzna w szczytowej formie, to nie ma mowy, bym założył je założył. Niezależnie od pory roku na moim tyłku spoczywają różniące się tylko barwą materiału, bo nie producentem ani miejscem zakupu (wszystkie kupione w jednym sklepie!) bokserki.
Raz moja Żona kupiła mi bokserki. Dobrze chciała, bidula. Teraz leżą w szafie i pełnią rolę awaryjnych, w razie gdybym nie zrobił sobie na czas prania. Mają mianowicie wadę, która je dyskwalifikuje na samym starcie - są za duże, co przy moim gabarycie jest naprawdę sporym osiągnięciem. Wybacz, Żono, od tego czasu tylko utwierdziłem się w przekonaniu, że bieliznę muszę sobie kupić sam, bo inaczej będę cierpiał. Gorzej niż kobieta, która w sklepie bieliźniarskim usłyszy od swojego faceta "To może te w rozmiarze L będą na ciebie pasowały?".
Zapytałem podchwytliwie Żonę, co sądzi o noszeniu kalesonów przez mężczyzn.
Ż: To chyba dobre, nie? Cieplej w nich i w ogóle...
Pardon my French, gówno prawda.
Tagi: zima, ciepło, radio, bokserki, wygoda, bielizna, trauma, kalesony, jedynka, rozmiar
skomentuj (21)
Dzień jak co dzień.
Trzy razy przestawiana drzemka w komórkowym budziku.
Osiem godzin zapewniania P. T. Pań Księgowych, że potrafią korzystać z naszego oprogramowania.
Naprędce sklecony obiad.
Żona przywieziona z pracy do mieszkania.
Germańcy odparci na dwie bramki.
Wieczorna próba chóru. Uczymy się tego:
Miód na moje uszy.
Wieczorem przemiłe kilka minut spędzone w objęciach małżonki.
Tak mógłby wyglądać dzień w moim raju.
Tagi: praca, youtube, obiad, wieczór, chór, piłka ręczna, budzik, raj, ciężkie poranki, duke ellington
skomentuj (1)
W krótkich przerwach pomiędzy kolejnymi telefonami pochodzącymi od przylądka Rozewie do szczytu Opołonek i od zakola Odry koło Cedyni po zakole Bugu koło Horodła (na marginesie, zawsze zastanawiałem się, kiedy w życiu przyda mi ta wykuta w podstawówce na geografii formułka, kto by pomyślał), jednostajnych tematycznie pod wezwaniem "panie informatyku, bo mnie tu nie działa, i jak ja mam kliknąć, żeby mnie działało" zastanowiłem się dzisiaj nad tym, które rzeczy, nie związane z Żoną, czynią mnie szczęśliwym.
1) pełny bak w samochodzie - nic na to nie poradzę, lubię ujeżdżać moim niebieskim jeździdełkiem
2) raz-dwa razy w tygodniu pograć ze znajomymi w siatkówkę czy piłkę nożną - wybacz Żono, ale żeby utrzymać równowagę z twoim estrogenem, muszę od czasu do czasu sztachnąć się testosteronem
3) pizza z ogromną ilością mięsa - od czasu do czasu musi być, dla higieny żywienia konieczna, dla zbawienia niezbędnie potrzebna
4) mecz w telewizji - z uwagą przyjmuję każde zmagania sportowe, nie wyłączając Mistrzostw Tonga w skoku wzwyż
5) kokietowanie pań - panie bardziej od komplementów lubią tylko tych, którzy nimi je obsypują, a że primo moja Żona coraz rzadziej się na takie czułe słówka łapie ("coś za miły jesteś dla mnie dzisiaj, od razu powiedz, co chcesz, a nie podchodzisz do mnie jak pies do jeża") i secundo najwredniejsze od-stu-lat-księgowe po kilkunastu minutach rozmowy ze mną szczebioczą do słuchawki jak pensjonarki pani Jadwigi Sikorskiej - zakres działań trzeba rozszerzać.
Te pięć rzeczy działa na mnie rozchmurzająco za każdym razem, gdy mam zły humor, a Żony nie ma/jest na mnie obrażona. Niezawodnie.
----------
Chciałbym pogratulować cierpliwości osobie, która w dniu dzisiejszym przeczytała całego tego bloga, poświęcając na to niemal cztery godziny (wedle informacji Google Analytics). Jeśli jesteś moim przyszłym synem, wiesz czego masz nie robić. Jeśli jesteś kobietą, wiesz czego masz nie robić.
----------
Przypominam o nieustającej do sobotniego popołudnia walki tego bloga z tabunem chorych dzieci w konkursie na "Bloga Roku". Potrzebny jest sms o treści I00003 na numer 7144.
Tagi: kobieta, szczęście, telefon, telewizja, piłka nożna, samochód, pizza, siatkówka, geografia, komplementy
skomentuj (15)Słodkie kuleczki zawierające śladowe lub żadne ilości substancji czynnych i zaklinanie rzeczywistości, polegające na przypisywaniu efektów wywołanych przez mechanizm placebo - to zdania, które kształtują moje pojmowania fenomenu homeopatii. Propagatorów tych poglądów uważam z kolei za niegroźnych pomyleńców, którzy dopóki nie wmuszają mi wierzenia w swoje "cykle kwantowe" i "pamięć wody" stoją dla mnie na równi z tymi, którzy wierzą w lądowanie kosmitów w Roswell i potwora z Loch Ness. Chociaż, jak tak się zastanawiam nad powyższymi słowami, to dochodzę do wniosku, że gdyby ktoś mi je wmuszał, to nie ma sprawy, mogę je jeść garściami. Lubię cukierki.
Tagi: debata, roswell, placebo, kosmici, loch ness, homeopatia, cukierek, cykl kwantowy, pamięć wody, słodkie kuleczki
skomentuj (8)
Jakiś czas temu moja siostra sprzedała mi kawał, który za każdym razem, gdy go sobie przypomnę, śmieszy mnie do łez. Idzie to tak:
"Szosza pomidorowa... Szosza Gertruda... Szosza na Osztrołenke... Czo ja mam żrobić? Szysztko ta szama wyraża!"
Ostatnio te słowa przypomniały mi się w kontekście stosunków panujących pomiędzy mną a moją Żoną. Jadąc wczoraj na kolację na mieście przystanęłem na żółtym świetle (odkąd część wypłaty za listopad 2008 w wysokości 300 zł zasiliła via moje konto budżet delegatury urzędu wojewódzkiego nie istnieje dla mnie "jeszcze żółte" i "wczesne czerwone") i poprosiłem Żonę, by obserwowała zmiany świateł i powiedziała mi, kiedy zapali się zielone. Zazwyczaj zamiast tego wyginam się z fotela i samemu patrzę, ale wtedy ona mówi: "Weź nie przesadzaj, przecież ja widzę, jakie jest światło, to jak będzie zielone, to ci powiem!" Wczoraj zrobiłem więc tak, jak wydawało mi się, że wymaga ode mnie moja Żona. Usłyszałem w zamian: "I co, przez brzucha nie możesz się sam schylić? Pora na dietkę, misiu." Po czym i tak musiałem się wychylić z fotela, żeby z niskości seicento dojrzeć zmieniające się światło sygnalizatora.
Gdy jedliśmy kolację, oznajmiłem Żonie, że w sobotę zapowiedziała się z przyjazdem moja druga siostra, której jakiś czas temu obiecałem pomoc z projektem ze statystyki na studia. Pech chce, że jestem jedyną osobą w rodzinie, która ze statystyką ma więcej do czynienia, niż liczenie średniej, więc jestem de facto jestem jedyną osobą, która może jej pomóc i w zamian nie poprosi o wyciąg z Pocztu Królów Polskich. Pierwotnie miałem pojechać do niej, potem siostra zaproponowała, że ona przyjedzie w sobotę z samego rana, bo w końcu to ona potrzebuje, żeby jej pomóc. Odpowiedziałem jej, że jeżeli ma przyjechać w sobotę, to lepiej, żeby była wieczorem i u nas przenocowała, bo w niedzielę i tak muszę jechać w tym kierunku, co ona, więc mogę ją podwieźć kilkadziesiąt kilometrów w stronę domu. Oznajmiłem te ustalenia z Żoną i w czasie rzeczywistym mogłem spostrzec, jak się na mnie denerwuje. Okazuje się, że drażni ją to zmienianie planów, i jak mam siostrze jechać pomóc, to niech jadę tak jak było zaplanowane na początku, w sobotę po południu, i niech wrócę w niedzielę - ona już ustaliła sobie plan dnia zgodnie z tym, że wyjadę, więc woli, żeby było tak, jak było na początku ustalone. OK, siostra nie przyjeżdża, dzisiaj rano zapowiedziałem Żonie, że około 16 zacznę się zbierać do drogi, Żona na to przystała. O 15:30 odezwała się w te słowa: "A może byś jednak został na noc i pojechał jutro rano? Coooo?" Więc tłumaczę, że zanim zajadę do siostry, a na 15 muszę być jutro z powrotem, że za mało czasu mi zostanie na wszystko... Nic z tego, obraziła się, poszła do sypialni i teraz pod kocem odsypia tydzień pracy.
Choć na początku chciałem bez słowa i tak pojechać, to zostałem w mieszkaniu. Siedzę teraz i chłonę odcinek po odcinku pierwszego sezonu "Jerycho" i się zastanawiam.
Czo ja mam żrobić? Szysztko ta szama wyraża!
Tagi: korepetycje, dieta, miasto, samochód, siostra, kolacja, mandat, statystyka, czerwone, jerycho
skomentuj (3)
Mniej więcej w tym samym czasie pracodawcy Żony i mój podsunęli nam do podpisania glejty, szumnie zwące się 'planami urlopów', jednocześnie nie mając niczego wspólnego zarówno z zaplanowaniem czegokolwiek, a już na pewno nie wypoczynku. Mój zeszłoroczny plan został zmieniony dwa razy, Żona natomiast swój urlop wypoczynkowy wykorzystała na wyjście za mąż i ujeżdżanie ze mną po Bieszczadach, by zaraz potem stracić rachubę pozostałych wolnych dni. W dalszej części roku fakt przebywania na urlopie w jednym czasie zawdzięczaliśmy jedynie ogromnej ilości nadgodzin, natrzaskanych przeze mnie w lecie i wykorzystanych na początku jesieni. Ten rok nie zapowiada się nic lepiej.
----------
W konkursie na 'Blog Roku' zagłosujesz na mnie wysyłając smsa o treści I00003 na numer 7144.
Tagi: praca, wakacje, ślub, urlop, plan, bieszczady, nadgodziny, wypoczynek, ustalenia, glejt
skomentuj (1)
Wujaszek Google twierdzi, że donośny odgłos stukania, dochodzący z okolicy tylnych kół seicento przy pokonywaniu dziurawych dróg to nic innego, jak zużyty gumowo-metalowy element wytłumiający drgania z podłoża na wahaczach. Oznacza to, że nasze jeździdełko zaliczyło w ciągu miesiąca drugą z dwóch najbardziej typowych awarii tego modelu samochodu (zaraz po Bożym Narodzeniu mój portfel uszczuplił się o niecałe 300 złotych na wymianę korodującego zbiornika paliwa). Mądrzy panowie na forach internetowych przewidują koszt naprawy takiej usterki na około 100 złotych. Gdy zakomunikowałem ten fakt Żonie, zdała się przyjąć ten fakt do wiadomości.
To by było jednak za piękne. Kilkanaście minut później miałem zawieźć Żonę do fryzjera, wyszedłem z mieszkania chwilę wcześniej, żeby rozgrzać silnik. Gdy Żona wsiadła do samochodu, pierwsze co usłyszałem, to że ona sobie wszystko policzyła i wychodzi jej, że utrzymanie samochodu w tym miesiącu kosztowało nas więcej od mieszkania, więc raz do naprawy będzie mógł pojechać dopiero po mojej wypłacie, dwa jeżeli nadal to będzie tyle kosztowało, to będę musiał zrezygnować się z poruszania się nim na jakiś czas z powodu jego awaryjności. Mój argument, że to pierwsze wydatki związane z remontem tego koniec końców intensywnie używanego autka od ponad półtorej roku, czyli odkąd jeździmy tym samochodem na stałe, zdały się nie trafić do Małżonki, za to stały się zarzewiem sprzeczki. Wszystko przez to, że zapowiedziałem, że w piątek wezmę urlop i pojadę do warsztatu, w którym zawsze naprawiam samochody, by usunąć usterkę. Pech chciał, że warsztat ten znajduje się zdecydowanie bardziej w moich rodzinnych stronach niż w okolicy naszego bieżącego miejsca zamieszkania.
Naprawa kosztuje, a przecież Żona chciała przyoszczędzić trochę pieniędzy w tym miesiącu. Znowu chcę jechać do domu i najchętniej bym ją zostawił. Przecież mieliśmy spędzić weekend razem. Czy moja siostra nie może sama sobie poradzić z projektem ze statystyki, z którym obiecałem za wiedzą i zgodą Żony pomóc miesiąc temu? Oczywiście, najlepiej niech jeszcze siostra przyjedzie do nas w weekend, a przecież miałam odpocząć. Zauważę tylko, że jeszcze godzinę wcześniej z tą samą moją siostrą Żona chciała jechać do Poznania do IKEI, na co ja odparłem, że na taki dłuższy wyjazd samochód powinien być naprawiony. Odpoczęłaby wprost nieziemsko, gwarant.
Lewy tylny wahacz smętnie postukuje na wybojach, jakby nie zdawał sobie sprawy, że tisze budziesz, dalsze jedziesz.
----------
Mile podłechcesz ego autora tego bloga wspierając go w konkursie na "Blog Roku". Stanie się tak, gdy wyślesz smsa o treści I00003 na numer 7144.
Tagi: weekend, pieniądze, odpoczynek, samochód, remont, siostra, fryzjer, naprawa, statystyka, wahacz
skomentuj (5)
Wszystkie problemy z dogadaniem się z Żoną, których ostatnio doświadczałem, zniknęły jak ręką odjął wraz z niedzielną wizytą w jednym z chyba dwóch otwartych wieczorną porą w tym mieście salonów fryzjerskich. Zdaje mi się, że to było najlepiej do tej pory wydane 16zł w tym roku, lepiej w każdym razie niż jeszcze nierozpieczętowany Tokaj Szamorodni z Lidla czy dwukrotne wejście na salę na siatkówkę. Za tę powalającą kwotę zostałem pozbawiony paru centymetrów włosów i nadmiernie rozrośniętej tu i ówdzie części brody, a Żona stwierdziła, że natychmiast stałem się z powrotem atrakcyjny w jej oczach.
Żona zapomniała natychmiast o pms, zbliżającym się początku tygodnia w pracy, marudzeniu mojego ojca w pracy i zdychającym na oknie kwiatku. Mi za to mimowolnie przypomniała się śmieszna sytuacja, która przydarzyła mi się w miejskim autobusie w szwajcarskim Vevey. Na miejscu przede mną młoda kobieta posadziła dwu-, trzyletnie szwajcarzątko, sama stanęła kawałek dalej z wózkiem. Szwajcarzątko siedziało grzecznie, dopóki nie odwróciło się i nie ujrzało mnie. Niewątpliwie skojarzyło moje fizis z drwalem-dzieciożercą z alpejskiej groty, który pożera szwajcarzątka grymaszące nad kaszką i nie chcące zasnąć wieczorem, gdyż wykrzyknęło przerażone "O o!" i pobiegło do matki. Nawet nie znając języka francuskiego zrozumiałem sens wypowiedzi matki: szwaajcarzątko miało kategorycznie wrócić na zajmowane dotąd miejsce, bo to niegrzecznie się tak zachowywać. Dziecko spojrzało się z wyrzutem na matkę, z obawą na mnie, z jeszcze wielkim wyrzutem na matkę, z bezgranicznym strachem na mnie, westchnęło i podążyło do alpejskiej groty, pardon, w okolice zajmowanego przeze mnie miejsca. Do wyjścia z autobusu co chwilę sprawdzało, czy aby nie padnie za chwilę moją ofiarą.
Lubiłem ten swoisty szacunek, którym ludzie darzyli mnie z "chaszczem". Postawiony jednak przed wyborem Żony złej na mnie a Żony pomrukującej na mój widok z zadowolenia wybieram to drugie.
----------
Przypominam, że istnieje możliwość wsparcia tego bloga smsem w konkursie na 'Blog Roku'. Z jednego numeru telefonu można głosować jeden raz, wysyła się hasło I00003 na numer 7144.
Tagi: dziecko, strach, autobus, włosy, fryzjer, alpy, broda, szwajcaria, drwal, vevey
skomentuj (4)