za-co-ona-sie-obrazila

Sceny małżeńskie z fochem w tle

Szliśmy sobie wczoraj z Żoną przez Stare Miasto, gdy w toku dyskusji okazało się, że znowu mam czegoś nie robić (lista, zawierająca między innymi odzywanie się do niej rano, podśpiewywanie Gangnam Style, gryzienie w szyję, dopytywanie się, co było w pracy i podbieranie smakołyków z jej kuferka robi się coraz dłuższa). Nie mam czegoś robić, po ona, Żona, mi zakazuje. Zaprotestowałem:
J: A gdzie jest równość w naszym związku?! Dlaczego ja nie mogę tobie niczego zakazać?
Ż: A co to w ogóle za dziwne słowo na R, co ono oznacza?
J: To, że jak ja ciebie słucham, to ty też masz mnie słuchać. Jak ja ciebie nie biję, nie poniżam, nie uwłaczam, nie stosuję przemocy fizycznej i psychicznej, to ty też powinnaś mnie nie bić, nie poniżać, nie uwłaczać, nie stosować przemocy.

(tu mój wtręt – zabawne wydaje się wyobrażenie sobie małej kobietki bijącej wielkiego mężczyznę, jednak za wiele takich sytuacji w życiu widziałem, w których dziewczęta metr pięćdziesiąt pięć w szpilkach okiełznywały bez słowa sprzeciwu takich kafarów, na których ja bym się bał krzywo spojrzeć, żebym uznał to wyłącznie za fantastykę)

Ż: A czy ja cię biję?
J: Zdarzyło ci się, że mnie uderzyłaś, w głowę albo w brzuch…
Ż: Konkrety, misiu, gdzie i kiedy? Daty, godziny, miejsca!
J: Tak mnie zastraszyłaś, że już nie pamiętam.

Wspaniały argument, każda odpowiedź na niego jest zła. Żona załapała, w jaką pułapkę się wpędziła w tej dyskusji i przyznała, że jednak chyba wie, o co z tą równością chodzi.

A mnie przypomniała się w tym momencie scena z filmu, który kiedyś oglądaliśmy, „Baśń o ludziach stąd” się on nazywa. Gość okłada w niej swoich podwładnych gumową pałką za ich rzeczywiste bądź wyimaginowane przewiny, a w przerwie na odsapnięcie mówi do nich: „Odpowiedź jest prosta: tak lub nie. A pytanie brzmi: Nie przestawać?”

No to nie przestawać?

Dźwięk powiadomienia o przychodzącej wiadomości na Facebooku oderwał mnie od przeglądu ulubionych kanałów rss w Google Readerze. Szybko sprawdziłem, to nie u mnie piknęło – znaczy się Żona z kimś konwersuje.

J: Z kim rozmawiasz? – zapytałem z ciekawości.

Ż: Z Gosią, i niech cię to nie interesuje!

A interesowało mnie to, i owszem, bardzo. Dziewczyny widziały się ze sobą wczoraj na mieście na kawie i jak mi się dzisiaj Żona przyznała, wykluła się między nimi myśl zorganizowania w piątek wieczorem babskiego spotkania. Mi to byłoby na rękę, bo w sobotę mam egzamin, w spokoju mógłbym się poobijać po mieszkaniu bez słuchania, jak to powinienem się uczyć, żeby w końcu skończyć to wesołe technikum, do którego od półtora roku chodzę dowiadywać się o rzeczach, o których wiem, a które ma władzę wystawić mi papierek potwierdzający, że wiem, co się w nim „nauczyłem”.

J: I co, spotykacie się w piątek?

Ż: Nie.

J: Dlaczego?

Ż: Bo nie.

J: Dlaczego bo nie?

Ż: Bo tak.

J: Zaraz, zaraz, przed chwilą mówiłaś, że bo nie, a teraz twierdzisz, że bo tak. No to w końcu jak?

Ż: Goń się.

Jestem genialny. Znalazłem wyłom w żelaznej logice mojej Żony, i do tego mam teraz zapisane kiedy i o której godzinie. Dla celów dowodowych!

Wczoraj odbyła się impreza, nazywana Meczem Gwiazd NBA. Dla niewtajemniczonych to hamerykański koszykarski odpowiednik sytuacji, gdzie do waszej ulubionej remizy Ochotniczej Straży Pożarnej przyjeżdżają wszystkie wasze ulubione gwiazdy disco polo i wspólnie wykonują „Ona tańczy dla mnie” od tyłu. Dlaczego od tyłu? Bo im wolno. Mecz Gwiazd to święto koszykówki ofensywnej, obfitującej w czystą grę, doskonałe asysty i widowiskowe akcje pod koszami, doskonała odtrutka na europejskie przywiązanie do defensywy i kozłowania przez 20 z dostępnych 24 sekund na akcję. Z Meczem Gwiazd jest niestety jeden problem – odbywa się w dalekim Houston „We’ve got a problem” Teksas, co powoduje, że transmisja zaczyna się lekko licząc o drugiej w nocy.

Od kilku lat ostrzę sobie zęby na to, żeby obejrzeć ten mecz na żywo, ale zawsze jest jakieś ale. Albo nie wytrzymuję i zasypiam, albo trzeba iść na następny dzień do pracy, albo nie mam akurat wolnych kilkunastu dolarów na League Pass (taki ichniejszy abonament na oglądanie meczów przez internet). W tym roku przeszedłem jednak sam siebie.

Oczywiście plan był taki, jak co roku – żeby mecz obejrzeć. Trwam więc dzielnie krzątając się po domu, nawet zacząłem zmywać naczynia po 22, potem wstawiłem pranie, generalnie wszystko to, co mogło poczekać do poniedziałkowego popołudnia, ale pomagało utrzymać się na nogach i w jako takiej przytomności. Oznajmiłem też wcześniej mój pomysł Żonie, tak by wiedziała, dlaczego się nie kładę jeszcze spać, tylko siedzę przed komputerem i udaję, że nie przysypiam. W końcu moja druga połówka zareagowała, kategorycznie każąc mi udać się na spoczynek nocny. Gdy zaprotestowałem, usłyszałem:

Ż: O nie, nie, nie, kochany, w tym domu rządzi mój mężczyzna i on właśnie zdecydował, że pójdzie spać!

Nie będę przecież podważał autorytetu swojej władzy…

Wybieramy się z Żoną od czasu do czasu na mecz, do kibicowania wciągamy też coraz to nowych znajomych. Niektórzy łapią bakcyla trzymania kciuków za bądź co bądź drugoligowe zespoły koszykarskie, w których gwiazdy ostatnio wystąpiły, gdy jeden z drugim gracze zderzyli się głowami, a my w ten sposób przyczyniamy się do powiększania grona januszy, pikników, emerytów i rencistów – jak zwał tak zwał. Bo prawda jest taka, że 10 złotych wydanych na bilet na mecz zwraca się dużo bardziej w emocjach i przeżyciach, niż dwie dychy wydane na cokolwiek, co leci w kinie.

Bo naprawdę, co ostatnio leciało takiego dobrego w kinie? I co w najbliższym czasie dobrego poleci?

Ostatnio przy okazji wybierania się na mecz zagadałem na Facebooku do znajomej, która już kiedyś się nas pytała, czy kiedyś jej nie zabierzemy z sobą. Przy okazji wyszła z tego dość zabawna krotochwila:

J: Idziesz z nami dzisiaj na mecz?

Koleżanka: Nie mogę, już się umówiłam, idę o tej porze do teatru.

J: A niech to, znowu kultura wysoka wygrywa z przyziemnymi rozrywkami! Kiedy przyjdą te czasy, gdy trybuny na meczach zaludnią się żądnymi wrażeń kibicami, a teatry i muzea wyludnią się i opustoszeją? Oh, wait…

Najbliższy mecz w piątek, zapisy trwają.

Uważni czytelnicy pamiętają zapewne dość nieciekawą sprawę, w którą na swoją własną prośbę wplątałem się kilka miesięcy temu. Nie mając żadnych niecnych zamiarów, przyłapałem znajomego  na gżeniu się z jego byłą w samochodzie, podczas gdy jego obecna szukała go od kilku godzin, nie mogąc dostać się do ich wspólnego mieszkania.
Sytuacja z niewiernym kumplem i zdradzaną koleżanką rozwiązała się w sposób dla mnie cokolwiek nieoczekiwany. W pewnym momencie wydawało się już, że moi znajomi wszystko sobie wyjaśnili, on się przyznał do potajemnych spotkań z byłą, pewnie obiecał, że sprawa się już nie powtórzy i tak dalej. I wtedy wszystko się posypało.
Kumplowi chyba nie wystarczało pogodzenie się ze swoją dziewczyną, bo pomimo obietnicy zakończenia kontaktów z byłą wcale tego nie zrobił. Więcej, nie omieszkał się jej poskarżyć na straszny terror, który mu jego kobieta zgotowała. Polegał on na tym, że musiał od tego czasu dawać  jej znać, gdzie się znajduje, o której wróci do domu i uważniej kasować sms-y i rozmowy na Gadu-Gadu z byłą, żeby obecna ich nie odnalazła. Obecna z kolei postanowiła chyba zagłaskać kotka na śmierć, czyli zaczęło się robienie kanapek do pracy, obiadków, spełnianie zachcianek i zapewnianie go i całego otoczenia, że jest najwspanialszym mężczyzną na świecie. Ja oczywiście w te twierdzenia za bardzo nie wierzyłem, bo doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że w byciu najwspanialszym mężczyzną na świecie gość nie dorasta mi nawet do paznokcia u małego palca lewej stopy. Niestety, po dwóch miesiącach tej wielkiej miłości znajoma ponownie odkryła kontakty swojego mężczyzny z byłą, które bynajmniej nie ustały na sile od zaobserwowanej przeze mnie wpadki.
Na nic zdały się już jego zapewnienia, na nic obietnice wspólnego życia. Znajoma przegoniła go z domu i choć gdy znajdują się w jednym pomieszczeniu, to zachowują się wobec siebie jak przystało na cywilizowanych ludzi, na osobności nie omieszkają ponadawać na siebie nawzajem. Ona się chyba tą całą sytuacją kompletnie podłamała, natomiast kumpel ostatecznie wrócił do swojej byłej. Hitem sezonu jest jednak wiadomość sprzed kilkunastu dni – po trzech miesiącach oświadczył się jej i teraz planują kameralny ślub bez wesela.
Wcale się nie dziwię, że kameralny. Po co przecież zniechęcać potencjalne przyszłe podboje informacją o ożenku?

Na ratunek

7 komentarzy

Skakałem wczoraj po kanałach wieczorem, przez chwilę zatrzymałem się na Polsacie, na którym puścili „Liberatora”, reklamowanego jako „najlepszy w historii film ze Stevenem Seagalem”. Trafiłem akurat na scenę, w której rzeczony Seagal zamyka cycatą blondynę w szafie i każe jej czekać na swój powrót (w domyśle – gdy już rozstrzela wszystkich czarnych charakterów). Blondyna oczywiście, jak to kobieta, nic nie robi sobie z zapewnień stu kilo czystej adrenaliny pod postacią Stevena i wydziera się wniebogłosy, wali pięściami w metalowe drzwi szafy i robi wszystko to, co tylko kobieta potrafi w obliczu grożącego niebezpieczeństwa: sieje panikę i zwraca na siebie uwagę. W tym momencie zapytałem się Żony:
J: A jakby Tobie Steven Seagal kazał siedzieć cicho i czekać aż wróci, posłuchałabyś?
Ż: To ten na ekranie?
J: Tak.
Ż: Czy Steven Seagal jest czarnym charakterem?
J: Nie.
Ż: A naokoło jest pełno złoczyńców, jadowitych węży i psów dingo, a wszędzie latają kule?
J: Pokrótce tak.
Ż: Siedzę w szafie i czekam, aż wróci Steven Seagal.

Zuch dziewczyna. Po chwili się zreflektowała.

Ż: A jak nie wróci?
Nie zdążyłem nabrać powietrza, by odpowiedzieć, gdy Żona sama sobie odparowała:
Ż: Co ja pierdolę, Seagal miałby nie wrócić?

Czasami riposta wyskakuje doprawdy nie wiadomo skąd.

Tak, tak

8 komentarzy

Wszystko zaczęło się od tego, że pojechaliśmy do Empiku, by kupić prezent imieninowy dla mojej siostry. W pierwotnym zamyśle miała to być płyta jakiegoś irlandzkiego zespołu produkującego raz na dwa lata zestaw przytupajek z obłędną linią melodyczną instrumentów smyczkowych. Okazało się jednak, że płyta znajdującą się w ich zestawieniu TOP50 najlepiej się sprzedających jest najprawdopodobniej także w LOW50 najlepiej dostępnych. Zdecydowaliśmy się więc kupić jej duże puzzle, wiedząc, że im bardziej skomplikowany wzór wybierzemy i z im więcej mikroskopijnych elementów będzie się on składał, tym bardziej będzie to trafiony prezent. Znaleźliśmy tysiącelementowy obrazek z płótnem Breugla, na którym widnieje kilkaset małych, pstrokatych postaci – czyli strzał w dziesiątkę. Przy okazji Żona na tej samej półce znalazła coś dla siebie – podobnej wielkości i złożoności puzzle, na których Miss Piggy z Muppet Show. Gdy wróciliśmy z powrotem do domu, zapowiedziała, że zamierza całą sobotę poświęcić na ich układanie. Mi to też nie przeszkadzało, bo na cały dzień miałem zaplanowane zajęcia na zjeździe na uczelni, natomiast na bieżąco sms-ami śledziłem jej postępy.

Na wieczór mieliśmy zaplanowane wyjście na mecz koszykówki kiedyś mojej, a teraz już naszej ulubionej drużyny. W dni meczowe staramy się wyjeżdżać na halę odpowiednio wcześniej, minimum pół godziny przed rozpoczęciem meczu, bo gdy kilka razy wybraliśmy się tam na ostatnią chwilę, mieliśmy wątpliwą przyjemność obserwować spotkanie z miejsc premium w samym rogu sali lub w ostatnich rzędach, z których oglądanie meczu nie różni się zbytnio od śledzenia relacji telewizyjnej. Gdy wróciłem z zajęć, ustaliliśmy z Żoną, że nastawię na komórce budzik na pół godziny przed planowaną porą wyjścia na mecz, żeby zdążyła się w tym czasie zrobić na bóstwo. Coś musiałem pokiełbasić ustawiając budzik, bo się nie odezwał, na szczęście trzy minuty po godzinie alarmu zauważyłem to i powiedziałem jej, żeby zaczęła się szykować. „Tak, tak” – odpowiedziała i wróciła do układania puzzli. Kilkanaście minut później przypomniałem jej o tym, że zaraz wychodzimy, a ona wyjechała do mnie z pretensją, że jej za późno powiedziałem, że ona przecież nie zdąży, że miałem przecież pilnować czasu.

A przecież pilnowałem! Dokładnie informowałem, która jest godzina, potem jeszcze informację powtórzyłem, ryzykując zarzutem, że ją popędzam i że nie pozwalam jej układać puzzli, które tak się jej spodobały. Dokładnie wykonałem to, o co mnie prosiła – a i tak prawie zebrałem po głowie. A potem się jeszcze tłumaczyłem – a przecież wiadomo, że tylko winny się tłumaczy.

I bynajmniej nie piszę tego, żeby się poskarżyć. Po prostu teraz już wiem, że puzzle to następna rzecz (po książkach), która przełącza percepcję Żony na tryb „tak, tak”, gdzie wszystko, co mówi Mąż jest tylko szumem, dobiegającym jak zza ściany.

Obcy u drzwi

53 komentarzy

Moja Żona ma dziwny zwyczaj. Nie odpowiada na sygnał domofonu, jeżeli nikogo się nie spodziewa, wychodząc zapewne z założenia, że jeżeli ktoś chciałby nas odwiedzić, wcześniej by swoją wizytę zapowiedział. Wiadomo, że dzwonki do domofonu dzielą się na te mniej pożądane (religijna indoktrynacja w wykonaniu różnorodnych wyznań, super wydajne odkurzacze wyciągające brud nawet spod dywanów sąsiadów z dołu, świeże wiejskie jaja z trzema zerami od kury specjalnie dedykowanej naszej klatce w bloku) i te bardziej pożądane (typu paczka z Allegro, odczyt liczników wody czy sprawdzanie prawidłowości działania instalacji wentylacyjnej budynku). Żona ignoruje obydwa typy, a mam wrażenie, że w przypadku tych pożądanych zakłada, że przykładowo na pocztę najwyżej ja się przelecę, a ogłoszenia wspólnoty mieszkaniowej w gablotce na parterze jej nie dotyczą, a w razie czego ja je przeczytam.

Wczoraj odebrałem ją z pracy i zapewniłem pakiet rozrywkowy (kręgle + kanapki z Subwaya na Grouponie), a gdy wracaliśmy do domu, przypomniało jej się, że skończyły jej się papierosy, a by sobie jednego zapaliła na uspokojenie po pracy. Jako że miałem wieczorem jeszcze kilka spraw do załatwienia na mieście (między innymi odebrać jej płaszcze z pralni chemicznej, obok której jest kiosk, co do którego miałem pewność, że będą w nim jej ulubione fajki), zaproponowałem, że po drodze je kupię.

Gdy wracałem z miasta, stwierdziłem, że za dużo rzeczy mam do wniesienia na raz do mieszkania, więc wymyśliłem, że połączę Żony przyjemne z moim pożytecznym i zaproponuję jej zejście na papierosa w zamian za to, że nie będę musiał dwa razy popylać z tobołami na drugie piętro. Zajechałem pod nasz blok i zadzwoniłem do niej na komórkę. Usłyszałem tylko powoli bijące serce sieci komórkowej, więc zadzwoniłem domofonem. Cisza. Sprawdziłem, Żona w domu, świecą się światła w pokoju i w kuchni. Dzwonię domofonem drugi raz. Cisza. Dzwonię na komórkę. Nic. Dzwonię trzeci, czwarty, piąty raz do drzwi. Za szóstym razem w końcu odebrała, mówię jej:

J: To co, zejdziesz na papierosa?
Ż: Popieprzyło cię, nie mogłeś zadzwonić na komórkę?
J: Dzwonię od pięciu minut, ale nie odbierasz telefonu! To próbowałem domofonem. Dlaczego nie otwierałaś?
Ż: Bo myślałam, że ktoś obcy dzwoni.

Przyznaję się bez bicia, że mówiąc o „pięciu minutach” świadomie użyłem jednego z ulubionych chwytów erystycznych mojej Żony, dla której „od pół godziny nie mogę się z tobą skontaktować” oznacza zazwyczaj trzy nieudane próby połączeń pół godziny temu i smsa, na którego nie odpowiedziałem, natomiast „cały dzień nie działa” to inny sposób nazwania „raz spróbowałam i nie zadziałało, ale nie pamiętam co dokładnie zrobiłam, więc się domyśl dlaczego; trzeba kupić nowe”.

Zastanawiam się, jakie skuteczniejsze metody dobijania się do drzwi można wypróbować w takich sytuacjach. Rzucanie kamykami w szybę? List polecony za zwrotnym potwierdzeniem odbioru? Komunikat megafonem?

Zakupy z Platonem

7 komentarzy

Gdy wracałem wczoraj wieczorem z pracy w terenie postanowiłem się wykazać tym, jakim jestem kochającym mężem i pomny tego, że następnego dnia Żona wyjeżdża z miasta odwiedzić dawno nie widzianego wujka z Ameryki, zaproponowałem, że wstąpię po drodze do sklepu i kupię jej coś do przegryzienia na podróż. Moja propozycja spotkała się z miłym przyjęciem i zaordynowano mi zakup bułki, małej butelki wody i kilograma brzoskwiń. W teorii proste.

Wstąpiłem do będącej po drodze Biedronki i niestety, tylko jedna trzecia zamówienia nie stanowiła dla mnie problemu. Zaraz koło wejścia było stoisko z owocami, na szczęście udało mi się odróżnić brzoskwinie od leżących zaraz obok nektarynek (zapamiętać! brzoskwinie – włochate! nektarynki – gładkie!), gorzej było z bułką. Podszedłem do stoiska z pieczywem i tu zaczął się mój problem.

Zastanówcie się: co to jest bułka? Każdy ma jakieś wyobrażenie tego, czym bułka powinna być. Normalnie się nad tym nie zastanawiamy, bułka jaka jest, każdy widzi, ale ja w tym momencie przypomniałem sobie podstawy filozofii z liceum i wpadłem na to, że przecież pan doktor habilitowany, który nam tłukom wkładał do głowy szacunek dla Arystotelesów i innych Heraklitów opowiadał coś kiedyś o idei według Platona. Przyszło mi w tym momencie oświecenie: kiedyś na myśl o bułce widziałem oczyma wyobraźni bułkę poznańską z kreską przez środek. Potem przyzwyczaiłem się do dmuchanego badziewia, które produkowała jedyna w okolicy piekarnia zaopatrująca jedyny w okolicy sklep spożywczy. Teraz z kolei bułką jest zapewne kajzerka, mniejsza o ilość nacięć na niej. Kupowanie bułki, kiedy ma się w myśli jej idealny obraz jest proste – przynajmniej tak długo, gdy jedyna (dosłownie jedyna!) bułka, jaka leżała na ladzie, to bułka maślana z makiem. Zwątpiłem. Czy może być maślana? Żona chyba nie lubi z makiem, ale nie pamiętam? Zadzwonię!

Dostałem opieprz, że dzwonię z pierdołami i że może być taka bułka. Obrałem więc kierunek na półkę z napojami – i tam kolejny problem! Miałem kupić małą butelkę z wodą, a na półce, o zgrozo, tylko duże butelki z wodą, małe butelki z sokami, małe butelki z colą i małe kartoniki z sokami. Łapię za telefon, dzwonię do Żony, ona znowu na mnie wkurzona, że z kolejną pierdołą dzwonię, że mam kupić cokolwiek i że – gwóźdź . Koniec końców kupiłem butelkę z sokiem.

Być może sam się prosiłem o to, sam wystawiłem się na uszczypliwości ze strony Żony, ale mam wrażenie, że okrutnie dziwna to pułapka. Chciałem uczynić prośbie Żony zadość w jak największym stopniu, dokładnie próbując określić jej preferencje. I dwa razy dostałem opieprz, kupując bułkę i butelkę wody.

Strach wchodzić do sklepu z obuwiem.

Podłapałem fuchę na zlecenie, akurat w środku urlopu. Akcja w stylu wojsk specjalnych, szybko wejść, zrobić swoje, wyjść bez strat w ludziach i sprzęcie, zapomnieć. Kluczowym elementem fuchy jest to, by przypilnować, żeby paręset plików dobrze się przekonwertowało, za co ma odpowiadać zmyślne makro. Praca żmudna i odmóżdżająca, ale doskonale nadająca się na sposób na sfinansowanie prezentu urodzinowego, wyjazdu do Włoch na trzy dni.

Opowiedziałem o tym Żonie, ona oczywiście się ucieszyła, wiadomo – parę złotych dorobionych, nie będę siedział przez cały urlop przed kompem w domu (tylko w innej pracy), pojadę do tych Włoch i będzie miała na kilka dni spokój. Pytanie miała jedno: ki cziort to makro.

Zastanowiłem się chwilę i wytłumaczyłem jej to w ten sposób:
J: Wyobraź sobie, że siadam w fotelu i za chwilę zaczyna się mecz. Pstrykam na ciebie palcami, a po chwili podajesz mi pilota, przynosisz piwo i kapcie i na koniec robisz mi loda. A teraz wyobraź sobie, że w kuchni zmywam naczynia. Pstrykam na ciebie palcami, a po chwili przynosisz mi pilota, piwo i kapcie i na koniec…
Ż: Już starczy, zrozumiałam.
J: I właśnie tak działają makra.

Wytłumaczone kobiecie w przecudownie szowinistyczny sposób.



  • RSS
  • Facebook