RSS
 

Przed milionami słuchaczy

21 sty

No to, parafrazując klasyka, ładnie mnie Żona przedstawiła przed milionami słuchaczy.

Ż: I widzicie, teraz już mam pewność, że resztę dnia mogę sobie spisać na straty. Panicz się obraził i teraz będzie fochy stroił.

Otóż panicz się nie obraził, panicza ogarnął zestaw uczuć będący miksem złości, wściekłości, zdenerwowania, bezsilności i zdegustowania.

Przyjechała do naszego miasta dzisiaj moja siostra, by odwiedzić przyjaciółkę ze studiów, która od niecałego miesiąca też tutaj mieszka. Do spotkania dołączyliśmy się my z Żoną i druga moja siostra, rzeczona przyjaciółka przyciągnęła ze sobą narzeczonego i w takim sześcioosobowym składzie umówiliśmy się w staromiejskiej restauracji. Ja przyszedłem odrobinę później niż reszta, bo miałem dzisiaj zjazd i dwa egzaminy, a i noc nie była najspokojniejsza, bo w przerwach śledzenia potyczki Phoenix Suns z Boston Celtics cyzelowałem program napisany na dzisiejsze zaliczenie. Rano program jeszcze nie działał, zaraz po pracy byliśmy umówieni na wieczorne ploty z innymi znajomymi, które tradycyjnie przeciągnęły się do pierwszej w nocy i stąd moja praca i rozrywka pod bacznym okiem Morfeusza. Co ważne, na przekąski związane z plotami wydałem większość posiadanych zasobów gotówki.

Do restauracji szedłem więc nie dość, że na ostatnią chwilę, to jeszcze bez kasy przy sobie – co ważne – o czym Żona była poinformowana (trudno, żeby nie wiedziała, sama mnie wygnała po wino do sklepu wieczorem). Podczas obiadu Żona zachowywała się, jakby za punkt honoru postawiła sobie wbicie mi takiej ilości szpil, jaką tylko się dało, i to już mnie dość mocno zirytowało. Gdy przyszło z kolei do płacenia, przypomniałem jej o tym, że liczę na zasobność jej portfela w tym względzie.

Ż: To ty nie masz przy sobie gotówki? Co ty sobie w ogóle wyobrażasz, czy ty jesteś poważny? – ze złością zaczęła mnie rugać, po czym – gdy zasugerowałem, że może kartą można zapłacić, opryskliwie zapytała się o możliwość płacenia kartą kelnerkę. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą od Bogu ducha winnej dziewczyny wypowiedziała do mnie zacytowane na początku słowa o paniczu, odnosząc się w ten sposób do rysującego się na mojej twarzy zdenerwowania.

Wyszedłem z restauracji, znalazłem bankomat i wypłaciłem sobie potrzebną kwotę pieniędzy, którą następnie zapłaciłem za swoją porcję.

I teraz siedzę, nie wiem, czy obrażony, czy nieziemsko wkurzony, w samochodzie i czekam na początek cosobotniej piłki, a oni poszli dalej w miasto.

Jak można z czegoś takiego zrobić problem?

 
Komentarze (104)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wyszło na moje

13 sty

Z niemałą satysfakcją odnotowuję, że miałem rację.

Jeszcze tydzień temu Żona rękoma i nogami broniła się przed kursem na prawo jazdy, a konieczność odbycia obowiązkowych 30 godzin jazd szkoleniowych traktowała w kategoriach kary i niezasłużonego okrucieństwa. Wcale jej się nie dziwiłem, bo gdy sam w wieku 17 lat miałem usiąść za kierownicą samochodu, byłem dogłębnie przekonany o tym, że na kierowcę się nie nadaję i nigdy nie zdobędę prawa jazdy. Przed kursem za kierownicą samochodu siedziałem może z dwa razy i po paruset metrach przejechanych polną drogą miałem tego serdecznie dosyć. Na szczęście trafiłem na kursie prawa jazdy na instruktorkę, która nie zważając na sprzeciwy z mojej strony już podczas pierwszych dwóch godzin praktycznej nauki kazała mi wyjechać na miasto, nie oszczędzając mi tego, czego najbardziej się bałem – zjechania stromą, krętą drogą i minięcia na jednym z jej zakrętów miejskiego autobusu.

Przedwczoraj, podczas drugiej jazdy Żony, przypadkowo spotkałem jej samochód w ruchu ulicznym i z radością odnotowałem, że radzi sobie może powoli, ale całkiem dobrze (mógłbym powiedzieć – nadspodziewanie, ale nie – właśnie tego się spodziewałem). Gdy przyjechaliśmy do domu, zapytałem się jej, czy się w końcu przekonała do jeżdżenia samochodem. Uciekła wzrokiem, uniknęła odpowiedzi. Od razu wiedziałem, że coś się święci, więc zapytałem, czy spodobało się jej jeżdżenie. Żona złożyła usta w ciup, z udawanym oburzeniem stwierdzając: „Nie.” Czyli się spodobało, bardzo.

Oprócz tego pożaliła mi się na swojego instruktora:
Ż: Byłoby wszystko dobrze, ale on na mnie krzyczy.
J: Krzyczy na ciebie? Dlaczego?
Ż: Bo się go nie słucham.

Czemu się tego nie spodziewałem?

—–

Po dzisiejszej porannej lekturze Listy Schorzeń… pardon!… klasyfikacji konkursu na Bloga Roku, odnalazłem się na początku drugiej setki pod względem ilości oddanych głosów. Obawiam się, że na laptopa i na skuter nie wystarczy, a że wykorzystałem już moje 12 niezarejestrowanych aparatów z kartami pre-paid, to cała nadzieja w Was, drodzy Czytelnicy.

Głos na bloga oddaje się poprzez wysłanie smsa o treści A00008 na numer 7122 (1,23 zł z VAT). Dziękuję!

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pączki albo życie

12 sty

Nowe zadania, powierzone mi przez przełożonych w pracy, spowodowały, że przez pewien czas znowu będę pracował w trybie zadaniowym. Jest to dla mnie wspaniała informacja, bo nie dość, że odrobinę odetchnę od pracy w biurze, to jeszcze mam bardzo duże możliwości elastycznego podejścia do czasu, kiedy moja praca ma być wykonana. Większość ludzi z mojego zakładu pracy traktowałoby powierzenie im takich obowiązków jak dopust boży, ale ja odbieram to wprost przeciwnie. Najbardziej widoczną w stosunkach pomiędzy mną a Żoną zmianą charakteru świadczonej pracy jest to, że teraz mogę wstawać rano kiedy chcę, co w ostatnie dwa ponure i deszczowe poranki oznaczało „później niż Żona wychodzi do pracy” i Żona wyraźnie mi tego zazdrości.

Wczoraj podczas ścielenia łóżka spod kołdry wypadła maskotka, którą Żona dostała od kogoś w tym roku w prezencie świątecznym. Pluszowy byczek na tyle jej się spodobał, że zabroniła mi go nawet dotykać, słusznie przeczuwając, że taka niecnota jak ja od razu coś wymyśli na cholerę. Złapałem maskotkę, wczorajszą gazetę i zrobiłem komórką zdjęcie, wkleiłem je do mmsa i przesłałem Żonie z komentarzem: „Maskotka została porwana. Do 16:00 2 pączki z marmoladą, albo spotka ją przypadkowy wypadek”. Przez chwilę żart wydawał się Żonie śmieszny, ale już chwilę potem przelał czarę jakiejś narastającej w niej goryczy. Nie dość, że mogę spać jak długo mi się podoba (z czego wcale nie korzystam zanadto, bo i tak wstaję w granicach 7:30), to jeszcze mimo zakazu odważyłem się dotknąć maskotkę. Przy okazji okazało się, że Żona cały czas jest zła na mnie za opublikowanie informacji o jej pierwszej jeździe na kursie na prawko na Facebooku.

Dwie moje próby wytłumaczenia jej, dlaczego to zrobiłem, dlaczego uważam, że to nic złego i dlaczego nie powinna się na mnie o to denerwować wcale nie załagodziły sprawy, wprost przeciwnie – dowiedziałem się, że jej w ten sposób nie szanuję i że pokazuję w ten sposób, że mam gdzieś to co ona do mnie mówi, bo ja i tak zawsze robię to, co uważam za słuszne według siebie, nie zważając na to, co ona powie. Jest to oczywiście potwierdzenie mojej niedojrzałości i stąd życzenia wszystkiego najlepszego w dorosłym życiu.

Zrozumiałbym, gdyby takie uwagi padały pod moim kątem w sytuacji, w której publikowałbym w sieciach społecznościowych statusy typu „idę kupę”, „miziamy się na kanapie” albo „co za zrąbany dzień, wszyscy wyp!” co pięć minut. Tymczasem jest zupełnie inaczej – na mojej tablicy próżno szukać kompromitujących zdjęć, wulgarnych komentarzy, dziwnych aktywności. Jest to raczej świadomie konstruowana wizytówka mnie w wirtualnym świecie, pokazująca moje zainteresowania, próbkę poczucia humoru, upodobania muzyczne. Pojawia się jedno pytanie: czy mam w związku z tym wszystkim udawać, że nie mam Żony, że nie jest częścią mojego życia?

A pączków i tak nie dostałem, kiepski ze mnie porywacz maskotek.

—–

Rozpoczęło się głosowanie na Blog Roku 2011!

Jeśli chcecie, żebym fundnął Żonie skuter i zabrał ją do Kanady, wyślijcie SMS o treści A00008 (A-cztery zera-osiem) pod numer 7122 (koszt 1,23 zł z VAT, dochód idzie na chore dzieci, więc one już ten konkurs wygrały).

 
Komentarze (71)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ignorancja to błogosławieństwo

10 sty

Złapałem przechodzącą obok mnie Żonę i mocno przytuliłem. Przez cały dzień z zadowoleniem odwzajemniała podobne uściski, ale tym razem natychmiast zauważyłem, że coś jest nie tak.

J: Coś taka niezadowolona? Foch?
Ż: No patrz, po godzinie zauważyłeś!
J: Oj nie, zauważyłem od razu, ale kompletnie i z rozmysłem zignorowałem!
Ż: Jesteś okropny! I ciepły, i miękki… Przytulaj!

Dawno temu Żona rozpoczęła kurs na prawo jazdy, korzystając z mojej wygranej w radiowym konkursie. Szkolenie teoretyczne przebiegło bezboleśnie (w małej grupie, z miłym wykładowcą i z obowiązkowymi przerwami na papierosa), ale do szkolenia praktycznego Żony nie można było zagonić. Najpierw nie mogła się wydostać z pracy o godzinach godnych białego człowieka, potem szkoła została oblężona przez nastolatków żądnych ukończyć kurs przed zmianą przepisów dotyczących egzaminu i Żonie było na rękę tłumaczyć się zajętością instruktora. Dobre czasy się jednak skończyły.

W ciągu dwóch rozmów telefonicznych umówiłem Żonie pierwszą jazdę, od razu jej zastrzegając, że wszelki protest nie zostanie wysłuchany. Pełen radości z tego faktu opublikowałem nawet status na Facebooku, pod którym w ciągu godziny pojawiło się kilkanaście wpisów naszych znajomych, życzących Żonie powodzenia. Jedne z tych życzeń dotarły także do niej smsem – i te właśnie spowodowały focha.

Poszło o to, że Żona nie życzy sobie, żebym ludziom zawracał głowę jej prywatnym życiem. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się wykrzewić z niej mentalność mieszkanki chatki zagubionej wśród nieprzebytego boru, która nakazuje nie utrzymywać żadnych rozwiniętych kontaktów ze światem zewnętrznym i biernie czekać na to, aż ktoś ze znajomych się zainteresuje, co u niej słychać.

Zbyt dobrze zdaję sobie sprawę z tego, że większość odzywa się wyłącznie wtedy, gdy ma w tym jakiś interes, dlatego uważam, że trzeba wyjątkowo dbać o kontakty, które utrzymują się pomimo braku „biznesów” do załatwienia.

Ale Żona tego nie rozumie.

—–

Już pojutrze zaczyna się głosowanie na Bloga Roku 2011!

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Paraolimpiada

03 sty

Wtorkowe wieczory poświęcam na uganianie się ze znajomymi za piłką na hali jednego z miejscowych gimnazjów. Właśnie w takich okolicznościach, gdy oczekiwaliśmy z kolegami na ławce na naszą kolej do gry, rozmowa zeszła na tematy medyczne. Dla chłopaków nie jest tajemnicą, że w sportowym wysiłku wspomagam się wziewnymi kortykosteroidami, co czyni mnie kompanem wszystkich ciężko chorych biegaczek narciarskich i długodystansowców. Z tym, że moja choroba nie jest niestety wynikającym z przerostu ambicji widzimisię, a nową formułą kombinacji norweskiej.

Kumpel 1: Słyszałem, że zabrali ci stopień niepełnosprawności.
Ja: Tak, zostałem uzdrowiony. Wspaniała sprawa, od razu mi lżej.
Kumpel 2: Normalnie cud! Pamiętasz, który lekarz to stwierdził? Też mam parę rzeczy do uleczenia.
Ja: Nie pamiętam. A jak to był Jan Paweł II? On też już działa w branży uzdrownień.
Kumpel 1: Pewnie, spojrzał na ciebie chyba z telewizora, pokazał palcem i powiedział: „Dzisiaj ty”. I bach, nie jesteś niepełnosprawny.
Ja: Grunt to wprawa, widocznie coraz lepiej mu idzie.

I leżymy ze śmiechu.

Z tą piłką to jest dla mnie trochę jednak paraolimpiada. W środku sportowy duch, ale fizyczne ograniczenia predestynują mnie do, na szczęście coraz bardziej skutecznego, zasłaniania bramki. Mam jednak o tyle dobrze ze znajomymi, że gdy zbliża się koniec czasu, na który wynajęta jest sala, oddaję komuś rękawice i wędruję do ataku. Mam moratorium na cofanie się do obrony, a chłopaki większością podań starają się mnie poszukać, by i na moje konto zapisać jakiegoś gola. Dorobiłem się nawet boiskowego przezwiska „Inzaghi”, bo piłka zazwyczaj w jakiś dziwny, mniej lub bardziej kontrolowany sposób się ode mnie odbije i wturla się do bramki.

W takich momentach największą satysfakcję ma we mnie ten astmatyczny chłopiec, który na WFie był zawsze wybierany do drużyny na końcu.

—–

Zbliża się głosowanie w konkursie na Bloga Roku. Może jako cudownie uleczony niepełnosprawny będę miał większe szanse? Wkrótce szczegóły!

—–

Dla ciekawych, odrobina popisów pana F. Inzaghiego, o którym wspomniałem powyżej. To ten z dziewiątką na koszulce.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Życzenia świąteczne

27 gru

Dostałem w tym roku sporo życzeń świątecznych. Część została złożona osobiście, między innymi przez moich rodziców, którzy pofatygowali się do nas dwa dni przed świętami, i rodziców Żony, do których z kolei pofatygowaliśmy się my, przez kolegów z pracy i z chóru, a także przez kilku przypadkowo spotkanych w przedświątecznym czasie znajomych. Na komórkę przyszło parę smsów z zabawnymi wierszykami lub poważnymi tekstami o atmosferze Świąt. Wielu znajomych życzenia „wszystkim” złożyło za pomocą wpisu na Facebooku, znajomy ksiądz jak co roku przysłał mailem zeskanowaną kartkę świąteczną z własnoręcznym podpisem, a jedna z cioć pozostała przy tradycyjnym wysłaniu kartki świątecznej pocztą.

Jeden ze znajomych z kolei z życzeniami zadzwonił. Wybrał na to dokładnie ten moment, gdy w Wigilię z teściem kursowaliśmy po sklepach miasta rodzinnego Żony w poszukiwaniu ostatnich wymaganych przez teściową składników potrzebnych do przyrządzenia wigilijnych potraw. Chociaż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że zadzwonił w niefortunnej chwili, to doceniłem te kilka minut rozmowy z nim na tyle, by zmienić własne plany dotyczące składania życzeń znajomym.

Jeszcze rano planowałem, że po Wigilii usiądę z telefonem w ręku i roześlę kilkadziesiąt smsów do osób, z którymi utrzymuję bliższy kontakt. Gdy skończyłem rozmawiać ze wspomnianym przed chwilą znajomym, w mojej głowie wykiełkowała lepsza myśl. Postanowiłem, że do każdej z tych osób, zamiast wysyłać wiadomości tekstowe, osobiście zadzwonię. Wydało mi się to formą życzeń bardziej wyrażającą szacunek, a jednocześnie mniej odczłowieczoną niż smsy „wyślij do wszystkich”. Usiadłem więc w wygodnym fotelu chwilę po dziewiętnastej i gdy tylko napotykałem w książce telefonicznej komórki osobę, której chciałem złożyć życzenia, po prostu rozpoczynałem połączenie.

Zastawałem ludzi w różnych sytuacjach. Większość była już po kolacji wigilijnej, pojedyncze osoby – jeszcze w jej trakcie i w tych przypadkach starałem się, aby moje życzenia były jak najbardziej zwięzłe. Kilka osób odpoczywało już, tak jak ja, po uciechach stołu, zdarzył się ktoś jadący z jednej kolacji na drugą. Gdzieniegdzie z drugiej strony słuchawki słychać było gwar rozmów przy rodzinnych stołach, dzwoniąc do innych miejsc wiedziałem, że te Święta nie mają wiele wspólnego z rodzinną atmosferą. Najważniejszy okazał się dla mnie jeden telefon – gdy zadzwoniłem do przyjaciela, farmaceuty pracującego w całodobowej aptece pełniącej dyżur w czasie Świąt – okazało się, że złapałem go w tej chwili, gdy zjawił się jego zmiennik, a on mógł ruszyć do odległego o kilkadziesiąt kilometrów miasta, gdzie z wieczerzą czekali na niego jego rodzice. Była to chyba najkrótsza z moich rozmów tego wieczora, zawierająca znacznie więcej życzeń szerokiej drogi niż wesołych świąt. Dzień później przyjaciel oddzwonił i, dziękując za złożone w Wigilię życzenia, powiedział, że był to dla niego najmilszy moment całego dnia. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że warto było dzwonić.

Swoją kroplę dziegciu do mojej beczki miodu dodała niestety Żona. Gdy zorientowała się, że moje dzwonienie zaczyna przypominać bardziej bieg długodystansowy niż sprint, zapytała się mnie z przekąsem, czy nie mam nic lepszego do roboty, niż przeszkadzanie ludziom w Święta. Uważam jednak, że zrobiłem dobrze.

Czy może przeszkadzałem jednak?


Uparcie obstaję przy zamiarze zdobycia tytułu Bloga Roku 2011! Wkrótce więcej szczegółów, głosowanie zaczyna się 12 stycznia 2012!

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Blog Roku

23 gru

Jak co roku, nieustannie wierząc w szanse na wielką blogową karierę, zgłosiłem moje zapiski do konkursu na Bloga Roku.

Z tego, co widzę, będę znowu konkurował z chorymi dziećmi i ich nadaktywnymi matkami (jakoś dziwnie nie spotkałem się jeszcze z blogiem pisanym przez ojca chorego dziecka!), szafową bieżączką niespełnionych kreatorek mody (dziękujemy ci, Kasio Tusk!) i ludźmi, dla których Internet to miejsce do wylewania gorzkich żali i frustracji.

Konkurencja silna i mocno zorganizowana, ale rękawica została rzucona. Jak wygram, zabiorę Żonę do Kanady.

Więcej o zasadach konkursu tutaj, a moje zgłoszenie tutaj. W trakcie trwania konkursu pozwolę sobie od czasu do czasu o tym wam przypomnieć.

 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

O tym, jak rozstali się Brad i Angelina

21 gru

Gdy składaliśmy sobie życzenia na chóralnej wigilii, nie spodziewałem się, że dotrze do mnie tak zaskakująca informacja. Podszedłem z opłatkiem do naszej wspólnej z Żoną i bliskiej znajomej, by życzyć jej jak najwięcej dobrych chwil z jej narzeczonym, skądinąd też nam bardzo dobrze znanym. Chciałem się zapytać o plany ślubne, osobiście pogratulować dostania się na prestiżową aplikację i potwierdzić wspólne plany sylwestrowe. Już w trakcie składania życzeń znajoma mnie przystopowała, ze smutkiem stwierdzając, że część życzeń odnośnie planów ślubnych się dzień wcześniej zdezaktualizowała. Jedyne, co byłem w stanie z siebie w tamtym momencie wykrztusić, to pytanie, czy eks-narzeczony kończąc pięcioletni związek zachował się wobec niej jak na cywilizowanego człowieka przystało, na co na szczęście odpowiedziała twierdząco.

Oczywiście, nie jest dla mnie zaskoczeniem, że ludzie się ze sobą rozstają. Powiem więcej, i to nie pierwszy raz w tym miejscu, że jeżeli dwoje dorosłych ludzi decyduje się na taki krok, to bardzo dobrze. Lepiej, żeby żyli oddzielnie od siebie, niż gdyby mieli męczyć się nawzajem swoją obecnością. Ogłuszony jednak jak obuchem informację o rozstaniu naszych bliskich znajomych usiadłem z boku i zaczęłem się zastanawiać, co warunkuje to, że są takie związki, które potrafią przetrwać kilkadziesiąt lat, a z drugiej strony spotyka się przykład ostatniego chłopaka mojej siostry, któremu po dwóch tygodniach bycia razem oświadczyła (może nawet mając swoje ku temu powody), że nie widzi przed nimi żadnej przyszłości.

Zawsze uznawałem związek tych dwojga znajomych, o których wspomniałem na początku, za „celebrycki” – piękna ona, piękny on i roztaczająca się wokół nich aura przewyśmienitości. Coś jak Angelina Jolie i Brad Pitt. Coś w tym jest, że związki „celebrytów” rzadko nie odznaczają się jakąś wyjątkową trwałością, tak jakby ich intensywność znacznie ujemnie wpływała na szansę przetrwania razem. Wygląda na to, że jest to czynnik sprzyjający rozpadowi więzi. Podobnie jest według mnie z seksem, który – jeśli na nim jest budowana bliskość między ludźmi – może i zapewnia na początku fajerwerki, ale gdy pierwsza chuć wygasa, jest zdecydowanie przereklamowany jako solidny fundament bliskości pomiędzy ludźmi.

Spotykam się często ze stwierdzeniem, że wspólne przeżywanie trudności hartuje związek i pozwala długo i zgodnie iść przez życie wraz z drugą osobą, a nie przeciwko jej. Z drugiej strony, trudne chwile okazują się zbyt często okazją do ucieczki od siebie, byleby tylko jak najdalej za sobą pozostawić konsekwencje trudności. Spójrzcie na te wszystkie samotnych ojców i samotne matki, którzy zostali na lodzie z dzieciakiem, gdy szanowny małżonek/konkubent poszedł w długą czy na związki, które rozpadają się, gdy jedno z dwojga okazuje się chore lub niepłodne. Więc trudności też nie są uniwersalnym środkiem na życie długo i szczęśliwie.

W końcu ludzie uwielbiają się żreć między sobą, najlepiej do krwi, i najlepiej o najgorsze bzdury. Po sąsiedzku od mojego miejsca pracy jest wydział spadkowy sądu rejonowego i nieraz miałem wątpliwą przyjemność oglądać, jak dwie lub więcej zwaśnionych stron skacze sobie do gardeł o kawałeczek działki z rozpadającą się chatynką, licytując się, kto bardziej kochał wujka Stefana. Wcale nie wydaje mi się, żeby w relacjach intymnych zachowywali się inaczej – zamiast ze sobą rozmawiać, powarkują na siebie, obrażają się o byle bzdety, na własne życzenie doprowadzając do rozpadu łączącej ich niegdyś więzi.

Co przeoczyłem? Co sprawiło, że moi dziadkowie przeżyli ze sobą czterdzieści zgodnych lat, „dopóki nas śmierć nie rozłączy”, a nasi znajomi – pasujący do siebie, zgodni i – jak mi sie wydawało – szczęśliwi ze sobą, nie są już razem?

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Beverly Hills

19 gru

Kilka dni temu spotkaliśmy się z kilkoma znajomymi Żony ze studiów (w tym z trzema dziewczynami, z którymi trzymała się najbliżej) na tradycyjnym przedświątecznym spotkaniu. Z roku na rok coraz bardziej zastanawiamy się, czy my w ogóle pasujemy jeszcze do tego towarzystwa, zwłaszcza że spotkania Żony i jej koleżanek na przestrzeni lat zaczęły się ograniczać wyłącznie do tej grudniowej „przedwigilii”. Wspólne tematy się pokończyły, nasze z Żoną życie składa się wyłącznie z bardziej lub mniej zgodnego pożycia małżeńskiego, podczas gdy w przypadku koleżanek mamy do czynienia z istnym karnawałem wrażeń – rozstania po kilku latach związku i wspólnym zamieszkaniu, „wieczne singielstwo poszukujące”, czyli utyskiwanie (zazwyczaj z lekkim szumem w głowie) na brak faceta rozumianego jako faceta bądź li tylko prącie czy też doprowadzenie do rozwodu dzieciatego i przy kasie kolegi z pracy, a następnie cywilny z nim ożenek, dzięki czemu ów gość ma swoją dwadzieścia lat młodszą żonę dostępną 24 godziny na dobę.

Na tym tle rzeczywiście jawimy się jak opisy przyrody u Orzeszkowej przy Beverly Hills 90210.

W tym roku jednak stwierdziliśmy, że powinniśmy pójść na to spotkanie. Głównym powodem miał być zbliżający się ślub jednej z koleżanek, jak mi się subiektywnie wydaje – najnormalniejszej z nich. Na miejscu się okazało, że wiadomością dnia dla nas jest zupełnie coś innego – Lejdi od rozwodnika przy kasie okazała się być (sądząc po rozmiarze brzucha) gdzieś w trzecim-czwartym miesiącu ciąży. Oczywiście wszyscy wiedzieli o tym wcześniej, niemal zaraz, jak tylko informacja została powzięta przez szczęśliwych rodziców. My za to musieliśmy się domyślić z kontekstu rozmów przy wigilijnym stole, że coś jest na rzeczy.

Moją Żonę złapał solidny wk**w na tę sytuację, bo nie dość, że o ciąży dowiedziała się ostatnia, to jeszcze koleżanka-ciężarówka nie omieszkała się pochwalić tym, że skoro pracuje w firmie męża, to mogła sobie pozwolić na pójście już teraz na zwolnienie lekarskie, więc teraz ma kilka miesięcy wakacji – dziecko jeszcze nie przeszkadza, a do pracy chodzić nie trzeba. Cokolwiek się z tego urodzi, nie będzie się musiało martwić z kolei o utrzymanie, bo – jak już wspomniałem – tatuś biedy nie struga. Nie zazdroszczę im bynajmniej – szczęść im Dobre Mzimu czy coś takiego (jakoś „panie Boże” nie przeszło mi nawet przez myśl w tej sytuacji). Szkoda mi tylko mojej Żony.

Zapytała się mnie wczoraj, gdy rozmawialiśmy przed snem – w czym ona jest gorsza od tej koleżanki? Dlaczego ona musi się martwić o utrzymanie, o to, czy i kiedy będziemy mieli dziecko (zegar tyka!), a taka dziumdzia ma wszystko podane jak na tacy.

I co ja jej miałem powiedzieć?

 
Komentarze (73)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Ojcowska rada

30 lis

Moja Żona twierdzi, że potrafi bezbłędnie poznać, kiedy rozmawiam przez telefon z moim ojcem. Podobno ze wszystkimi potrafię rozmawiać swobodnie, ale gdy w słuchawce rozbrzmiewa głos ojca, nieświadomie spuszczam głowę, ściszam głos i z rozkazującego trybu rozmowy przechodzę na słuchanie i potulne potakiwanie. Kiedyś pewnie bym solennie zaprzeczał, ale postarałem się zwrócić uwagę na to, w jaki sposób te moje rozmowy się odbywają. Żona ma rację, dokładnie tak się dzieje.

Nie chodzi mi jednak o to, że zamierzam moje zachowanie w jakikolwiek sposób zmieniać. Zainteresowała mnie raczej przyczyna takiego stanu rzeczy – i doszedłem do ciekawego wniosku. W mojej rodzinie darzy się po prostu ojców szczególną estymą. Stanem domyślnym jest to, że ojcu należy się szacunek, nie musi on na niego „zasługiwać”, „być go godnym”. Być może jest to pokłosie tego, że w najbliższej rodzinie nigdy nie zdarzył się rozwód – w dalszych kręgach takie smutne sytuacje miały miejsce, dzieci poszły za matką, szacunku do ojca jako instytucji nie ma lub jest szczątkowy, za to w dorosłym życiu stosunki rodzinne wypełniają wzajemne pretensje i darcie kotów.

Oprócz tego mój ojciec ma specyficzny sposób prowadzenia dyskusji. Potrafi zadzwonić do mnie i milczeć, dopóki ja się nie odezwę, ponieważ – tak to interpretuję – bardziej interesuje go to, co ja mam do powiedzenia, niż ważne jest to, co on mógłby mi powiedzieć. Jego ulubionym pytaniem jest „Jakie masz plany?” – i świadomie lub nieświadomie, irytuje tym matkę, zazwyczaj przysłuchującą się naszym rozmowom. Mam wrażenie, że zbiera on sobie w ten sposób materiał do przemyśleń, które potem uskutecznia podczas pracy w gospodarstwie. Rzadko kiedy otwarcie mówi, że coś mu się nie podoba w tym, co ja myślę, robię, uważam – zapewne dlatego, że z momentem mojego i Żony ślubu uznał mnie za wyłączonego spod władzy rodzicielskiej, ale niekoniecznie ze strefy wpływów.

Trochę inne podejście do tematu ma moja matka. Dla niej wciąż jestem chyba tym samym chorowitym synkiem, na którego trzeba było ciągle uważać, by byle katar nie zmienił się w zapalenie płuc (kilka razy i tak mimo uwagi się nie udało). Mimo tego, uważa, że mamy z Żoną swoje własne życie i za wszelką cenę stara się w nie jak najmniej ingerować, może poza dostarczaniem od czasu do czasu domowego jedzenia.

Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Wczoraj zadzwonił ojciec, w pomieszczeniu podczas rozmowy była również matka. Gadamy jak zawsze, ojciec prowadzi konwersację po swojemu, matka w tle ciosała mu kołki na głowie: „przestań, daj mu spokój, po co go denerwujesz swoimi pytaniami, czy ty nie możesz normalnie rozmawiać?!” I tu ojciec błysnął bon motem najwyższej próby.

„Ja się z tobą na niewolę nie umawiałem, tylko na małżeństwo.”

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii