RSS
 

Jak często jest normalnie?

24 maj

Kolega z pracy zapytał się mnie ostatnio, chwilę po rozmowie ze swoją dziewczyną, ile razy można się pokłócić z kobietą w ciągu tygodnia i być spokojnym, że to jeszcze norma, a ile za dużo. Ona rozkręca własną działalność, koszty stałe ma niestety dość duże i w związku z tym żeby wyjść na swoje, pracuje po kilkanaście godzin dziennie. On to rozumie, sam też sporo pracuje, ale chciałby się od czasu do czasu rozerwać, wyjść na miasto, pojechać nad jezioro – a każda taka okazja zazwyczaj nie dochodzi do skutku, z powodu braku wolnego miejsca w kalendarzu oprócz „sobota, pomiędzy 22 a 23:30″. O to właśnie spinają się między sobą, ostatnio – mam wrażenie – codziennie.

Wbrew pozorom odpowiedź na jego pytanie wcale nie była łatwa. Odniosłem jego sytuację do swojej i wyszło mi, że w dość reprezentatywnym okresie ostatniego miesiąca pokłóciliśmy się z Żoną jakieś cztery razy, z czego trzy przypadały na Ten Czas W Miesiącu, czyli jednak nie powinny się liczyć do ogólnej liczby. Zakładam, że Żona i ja jesteśmy normalni, więc ta metoda przyniosła więc wynik: kłótnia jeden raz w miesiącu.

Mówi się, że „kłótnia co jakiś czas pomaga oczyścić atmosferę w związku”, co sugerowałoby normalność takiego zachowania międzyludzkiego. Problem w tym, ile to jest: „co jakiś czas”? Wrzuciłem takie zapytanie w Google, pierwszy wynik definiuje tą wartość jako „czasami 6 godzin, czasami 24, a czasami 48″. Nie nadaje się. Inni od razu zastrzegają, że „jakiś czas” to nie wiadomo ile. Wniosek jest prosty: ta miara nijak nie nadaje się do zmierzenia, jak często jest normalnie się kłócić.

Podszedłem do tego od jeszcze innej strony. Tydzień ma siedem dni. Pokłócić się można każdego dnia. Giganci systemu dziesiątkowego na pewno już policzyli, ale dla tych, którzy dziękują Bogu/Richardowi Dawkinsowi (niepotrzebne skreślić) za to, że maturę zdali zanim została wprowadzona obowiązkowa matematyka uproszczę sprawę: wychodzi siedem kłótni na tydzień. Słuszną uwagę zaproponowała jednak Żona, gdy wczoraj przy obiedzie opowiedziałem jej o rozterkach kumpla. Zauważyła, że każdego dnia można się pokłócić więcej niż jeden raz, co sugerowałoby, że wspomniana liczba siedmiu kłótni na tydzień jest tylko pewnym punktem odniesienia, bo kłótni w tygodniu w ten sposób może być dziesięć, może być i pięćdziesiąt. Ale skoro jest punktem odniesienia, to może właśnie te siedem kłótni tygodniowo jest normalne?

Zapytałbym Żony, ale trochę się boję. Zbliża się Ten Czas W Miesiącu, więc obserwacja mogłabyć zakłócona, już od wczoraj na mnie powarkuje, jak zrobię coś w jej uznaniu nie tak, jak trzeba.

Może ktoś w zastępstwie odpowie?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Emancypantki

30 kwi

Jedną z pułapek emancypacji kobiet jest to, że nabrały one pędu do wiedzy. Tak jak nie mam nic przeciwko temu, by kobiety się uczyły w szkołach, uniwersytetach, robiły doktoraty albo kursy obsługi komputera, tak strasznie mi z ich powodu przykro, bo one chcą także dużo wiedzieć w życiu prywatnym. Mówi się często, że niewiedza jest błogosławieństwem, ale przewrotność tego przysłowia polega na tym, że moment, w którym delikwent zdaje sobie z tego sprawę, jest momentem, w którym rzeczony delikwent owo błogosławieństwo traci. Ja w każdym razie moją listę rzeczy, o których wolę nie wiedzieć, jak się je robi, mam dużo szerszą niż robienie kiełbasy i polityki.

Dlatego też dziwi mnie bardzo to, że dzisiejsze kobiety tyle chcą wiedzieć o tym, co się kłębi pod męskimi deklami. Pomijając oczywiste fakty, że czynią one błędne założenie o tym, że mężczyźni mają jakieś uczucia, którymi chcą się z nimi podzielić oraz że typową słowiańską skazą jest potrzeba wiedzenia „dlaczego?” i przymus sprzeciwienia się temu, trudność sprawia mi na przykład zrozumienie, dlaczego dajmy na to moja Żona zadaje mi raz po raz pytanie:

„Czy ty mnie jeszcze kochasz?”

Co złego jest w odpowiedzi:

„Jeszcze tak.”?

Odniosłem się do pytania? Odniosłem się. Dokładnie, nawet partykułę „jeszcze” powtórzyłem. Konkretna odpowiedź na konkretne pytanie. A tu foch. To i tak jest lekkie, no bo po co jakakolwiek kobieta może się pytać: „Dlaczego mnie nie kochasz?” I dlaczego nieprawidłową odpowiedzią na to pytanie jest: „Bo tylko wczorajsza zupa nie była za słona, a jak wypijesz trzy piwa, to zamiast być łatwa i napalona, jesteś bezwładna i zasypiasz w trakcie gry wstępnej”? Zapytajcie się jakiegokolwiek znajomego językoznawcy, to pytanie jest proste jak drut – interlokutorka chce wiedzieć, dlaczego nie kochasz, kropka. Jakby chciała usłyszeć „Ależ nie, kocham cię nad życie, misiu pysiu!” powinna chyba raczej zapytać się: „Czy prawdziwe jest stwierdzenie, że mnie nie kochasz?” A może pytanie i odpowiedź są w dwóch różnych językach, może to ja się nie znam?

W sieci roi się od forów internetowych, na których nieszczęśliwe w swoich związkach kobiety przekazują sobie niczym wiedzę tajemną twierdzenia typu „mężczyźni to tak naprawdę proste istoty” i tym podobne. Jestem ciekaw, kiedy w tych miejscach pojawią się mądrości takie jak „po co się za dużo pytać, jak nie chcesz wiedzieć, naucz się pozostawiać swoje pytania dla siebie”. Mój świętej pamięci wuj przeżył trzydzieści lat szczęśliwego małżeństwa, a gdy mu powiedziałem, że i ja chcę się ślubować, przekazał mi istotną wskazówkę praktyczną: „Kobieta nie może za dużo wiedzieć. Nie kłam, ale nie mów wszystkiego.”

Jego szczęście, żył w pięknych czasach, gdy tak się dało robić. Postęp emancypacji jest taki, że wiercenie dziury w brzuchu kolejnymi pytaniami jest odbierane jako całkowicie akceptowalne. Powiesz coś nie tak – awantura gotowa. Nie odpowiesz na zadane pytanie – ukrywasz coś, na pewno zdradzasz i śmierdzi ci z buzi.

Potrzebowałyście tego?

 
Komentarze (40)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Cura te ipsum

29 mar

Wielu kobietom wydaje się, że faceta trzeba wytresować jak zwierzę domowe, by umiał zaaportować, warować, zrobić siad i szczekać w obronie pani. Na początku miałem wątpliwości czy tak jest, ale ostatecznie przekonałem się, że tak właśnie jest, gdy wklepałem to hasło w wyszukiwarkę. Są takie kobiety i piszą o tym bez owijania w bawełnę, wzajemnie sobie radząc, jaką tresurę do mężczyzny stosować. Mam wielki ubaw z tego, że są one przekonane o tym, że tresura dla tresowanego pozostaje absolutnie niezauważona i że podobnie jest z otoczeniem.

Wyższe temperatury i odrobina więcej słońca spowodowała, że jak co roku na chodniki miasta wyległy stare i nowe parki, przemierzające ręka w rękę kilometry w zakochanym zamyśleniu. To nie o nich jednak myślę, pisząc te słowa. Kilka dni temu wieczorem wybrałem się do centrum handlowego, gdyż w ciągu dnia nie zdążyłem kupić Żonie kilku par cieńszych rajstop na wiosnę, a obiecałem jej zatroszczyć się o ten temat. Przejeżdżając jedną z osiedlowych uliczek minęła mnie zapewne zakochana para, wydeptująca trotuar podobnie jak tysiące im podobnych. Sęk w tym, że owo zakochanie zostało najwyraźniej jednostronnie zawieszone. W każdym razie ja takie wrażenie odniosłem, bo parka maszerowała w pewien specyficzny sposób – facet zawzięcie gestykulował, w oczach miał strach, plecy podkulone, a patrzył nie przed siebie, lecz na towarzyszkę spaceru. O tym, kto zakochanie zawiesił, świadczyła mina kobiety: zacięta, zimna, jekby nie zwracająca uwagi na towarzysza spaceru.

Facet wyraźnie coś zawinił wcześniej i teraz się jej gęsto tłumaczył. A jak najlepiej ukarać zwierzę domowe? Przestać na nie zwracać uwagę, pokazać jasno, że jest się ciężko obrażonym. Wtedy zwierzę domowe zaczyna się łasić, przepraszać, obiecywać poprawę, stawać na łapkach i prosić o przebaczenie. Poza faceta może i była śmieszna, ale kobiety – w moim uznaniu co najmniej żenująca. Czy ona naprawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, że o ile widok wpół skulonego pantofla jest komiczny, to jej nabzdyczona twarz jest widokiem nie dość, że pożałowania godnym, to jeszcze wystawionym na wizerunek publiczny?

Jak znam życie, kobieta strzeliła facetowi focha za zrobienie jej jakiegoś obciachu. Szkoda, że nie zauważa, że zachowując się w ten sposób, robi obciach większy, i to nie tylko sobie, ale też i jemu.

 
Komentarze (27)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kobiety na traktory

18 mar

Ojciec zamówił w leśnictwie kilka kubików drzewa, z zamiarem pocięcia go na opał i wykorzystania podczas przyszłej zimy. Albo za dwie zimy, albo za trzy – bo pod różnymi szopami znaleźć można w jego gospodarstwie zapas drewna na dobrych kilka lat. Gdy drewno zostało już przywiezione, okazało się, że jest nadspodziewanie dobrej jakości – zamiast pokręconych, sękatych gałęzi, dla których umieszczenie w piecu byłoby jak doktorat honoris causa na podwórzu znalazły się dwie przyczepy prostych, jednakowo długich na cztery metry, zazwyczaj pozbawionych sęków sosnowych pieńków. Czyli wymarzone drewno do wykorzystania przy budowie domu, naszego domu – który ma powstać po drugiej stronie ulicy.

Zmiana charakteru zamierzanego zagospodarowania drewna wiąże się jednak z koniecznością pozbawienia go kory, gdyż pozostawienie go na dłuższy czas w obecnej formie jest zaproszeniem dla wszelkiego robactwa na sporą i darmową wyżerkę, poza tym drewno szybciej wyschnie, jak jej nie będzie miało. Kiedyś już coś takiego robiłem, jeszcze za nastoletnich czasów, więc technologię mam opanowaną – strug, siekierka, młotek, klamra i można spędzić pierwszy ładny wiosenny weekend tego roku, łącząc przyjemne z pożytecznym.

Korowanie drzewa nie należy być może do prac wymagających wysokiej inteligencji czy zaawansowanych umiejętności technicznych, nie jest potrzebna do niego także sprawność skoczka wzwyż ani wytrzymałość maratończyka. Z drugiej strony to praca żmudna, a niektóre sęki potrafią człowieka przyprawić o ból głowy. Założyłem więc, że będę się tym zajmował wyłącznie ja, pozostawiając Żonie możliwość wyżycia się na innych polach, dajmy na to: zrobienia prania, ugotowania obiadu, pojechania po zakupy. Żaden ze mnie szowinista w tym zakresie, uznałem po prostu, że w ten sposób korzystniej zostaną ulokowane nasze umiejętności. Nie wiem, w jaki sposób to się stało, ale odrobina stękania na trudność pracy przy drzewie (a od tego mięśnie bolą, ręce się robią sztywne, do tego lepią się od ogromnych ilości żywicy wydobywającej się z palików po usunięciu kory) i najprawdopodobniej nieprawidłowym tonem wypowiedziana pochwała smaku marchewki startej z jabłkiem, która była warzywnym dodatkiem do przygotowanego przez Żonę obiadu zostały zinterpretowane jako umniejszanie jej zasług i stwierdzenie, że w zasadzie to ona przecież nic nie zrobiła, bo nie rzeza strugiem w drewnie, a to och, och, ciężka praca, nie ma co.

Żona obrażona postanowiła udowodnić. Nie wiem co i po co, bo w wyniku całej historii zrobiła sobie odcisk na lewej ręce (jak twierdzi, to moja wina, bo nie zapewniłem jej odpowiedniego narzędzia do pracy, szczegół, że ja tym strugiem też pracowałem i jak ostatnio sprawdzałem, to odcisków nie miałem). Najpierw chwyciła siekierkę i zabrała się za struganie drewna, żeby pokazać, że to wcale nie jest trudna praca. Kazałem jej siekierkę oddać, to zaczęła z nią uciekać. Pomijam oczywisty komizm sytuacji, chyba pierwszej w dziejach ludzkości, w której osoba uzbrojona w siekierę ucieka przed osobą bezbronną. Zabrała wtedy strug, puściła mimo uszu moją uwagę, żeby chociaż rękawice robocze ubrała. Obrała z kory jeden palik i poszła do domu (jak już teraz wiem, opatrzyć powstały z mojej winy odcisk), a potem pojawiła się jak gdyby nigdy nic, by od razu obrazić się na moją uwagę, że do tej pracy osoby z wyższym wykształceniem się nie nadają (vide: moja siostra, która wytrzymała dwa razy krócej niż Żona i mój ojciec, którego przegnaliśmy z bratem – studentem do robienia czegoś, co niekoniecznie spowoduje u niego nieznośny ból krzyża wieczorem).

Zrobiłem w tę sobotę sporo, jakieś 50% więcej niż się spodziewałem, że dam radę i będę miał czas zrobić. Żona na pewno też sporo zrobiła, chociaż większości nie widziałem na oczy, bo do rodziców nie pojechałem po to, by ją obserwować, tylko po to, żeby zająć się drzewem.

Zastanawiam się, po kiego grzyba było jej pchanie się na ten metaforyczny traktor?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Każdy dzień coraz bardziej

06 mar

Luty to w naszej rodzinie prawdziwa kopalnia okazji do świętowania i wspominania. Niemal każdy dzień tego miesiąca naznaczony jest czyimiś imieninami, urodzinami, rocznicą ślubu lub zejścia z tego świata, że o pomniejszych okazjach nie wspomnę. Z tego powodu częściej niż zwykle (przy czym „zwykle” w ostatnim roku oznaczało „rzadziej niż zwykle”) pojawialiśmy się u moich rodziców.

Druga ważna informacja – zachęcona przez koleżankę z pracy, Żona przyniosła do domu zakwas i zapowiedziała, że będzie piekła chleb. Pomysł bardzo mi się spodobał, bo lubię, kiedy Żona coś dobrego upichci, pojechaliśmy do sklepu, kupiliśmy nasiona roślin, o których w niektórych przypadkach nie miałem nawet pojęcia, że istnieją lub że są jadalne, mąkę pszenną, mąkę żytnią, drożdże i różne inne cuda wianki. Całą imprezę z pieczeniem chleba niemal szlag trafił, bo okazało się, że piekarnik gazowy wybitnie się do tego nie nadaje – od spodu chleb jest spalony na węgiel, w środku jest niedopieczony i gumowaty, a na wierzchu ciągle surowy. Rzuciłem pomysłem zakupu maszynki do pieczenia chleba, ale został on anulowany przez wyższą instancję. Chleb ma się piec w piekarniku i basta.

Gdy nadszedł czas naszego wyjazdu do moich rodziców w związku z urodzinami mojej matki, Żona poruczyła mi zadanie wymyślenia prezentu urodzinowego dla niej. Jak znam swoją rodzicielkę, tak wiem, że nie ma żadnych ciągot ku dobrom materialnym, wyżej sobie ceniąc samą naszą obecność i to, że traktujemy jej dom jak swój własny. Poza tym minimum raz w tygodniu piecze chleb (w piekarniku elektrycznym, czyli odpada problem z niedopieczeniem/spaleniem chleba). Wpadłem na pomysł genialny w swojej prostocie.

J: Zawieziemy mamie upieczony przez ciebie chleb i zakwas na następny.
Ż: Naprawdę myślisz, że będzie z tego zadowolona? A jak nie mają tam mąki?
J: No to trudno, nie będzie chleba. W końcu jedziemy w miejsce, gdzie ostatnie sklepy zamknięto trzynaście lat temu, a od tego czasu ludzie żywią się wyłącznie jeleniowatymi upolowanymi na łąkach.
Ż: No w sumie racja.

Już w samym domu humor mnie nie opuszczał. Podczas tradycyjnej rozmowy w kuchni przepytałem ojca na okoliczność tego, co pamięta w temacie jego zaręczyn z matką. Okoliczności miał dobrze opanowane, ale co do daty poszło już znacznie gorzej. Po uspokojeniu wybuchu śmiechu wszystkich zgromadzonych błysnąłem kolejnym bon motem i zwróciłem się ku matce:

J: No to pytanie przechodzi na drużynę przeciwną.

Kolejna salwa śmiechu, a matka na to: „Wiesz, ja na dobrą sprawę też nie pamiętam.”

Dlaczego mi się to przypomniało? Mijają właśnie cztery lata od dnia, gdy Dziewczyna zgodziła się być Narzeczoną i w przyszłości Żoną. Gdy westchnąłem wczoraj, wspominając ten dzień, Żona skomentowała to krótko:

Ż: A każdy dzień dłuży się coraz bardziej, nie?

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Znowu mnie nie było

16 lut

Zastanawiam się, jak to jest, że mimo tego, że naprawdę staram się nie szlajać się bez celu poza domem (czyli wychodzę z niego pracować, robić zakupy, na mecze koszykówki, grać w piłkę ostatnio coraz rzadziej) to i tak według Żony ciągle nie ma mnie w domu. W związku z tym robi mi wyrzuty, a ja nie wiem, co jej odpowiedzieć, skoro nawet Współrzędne Google, które zapisują lokalizację mojego telefonu, potwierdzają, że większość czasu spędzam w lokalizacji określonej jako „Dom” i bezbłędnie określanej na podstawie automatycznego łączenia się telefonu z siecią wifi w naszym mieszkaniu.

O tym, jak bezcelowe mogą się okazywać moje starania, niech świadczy historia z zeszłego piątku. Pracowałem tego dnia w terenie, ranek miałem wolny, więc spędziłem go w mieszkaniu. Pojechałem odebrać Żonę z pracy, przywiozłem do mieszkania, potem odwiozłem do szkoły jazdy i zająłem się obowiązkami służbowymi. Wyrobiłem się z pracą w niecałe dwie godziny, więc wróciłem do mieszkania i czekałem tam na powrót Żony. Przywitałem ją w drzwiach nawet! Przez cały wieczór nie ruszyłem się też z domu.

Następnego dnia rano usłyszałem znowu, że ciągle mnie w domu nie ma, i że co ze mnie za mąż, bo pokazuję w ten sposób, że wcale o nią nie dbam.

Zapytałem się więc, czy potrafi wymienić, co poprzedniego dnia zrobiłem dla niej, zaznaczając jednocześnie, że nie chodzi mi o jej wdzięczność czy wzajemność, ale o to, żeby określiła, co z tego, co ja zrobiłem, odebrała jako moje ku niej przysługi. Żona z niezachwianą pewnością siebie odparowała, że co ja dobrego mogłem dla niej zrobić, skoro wróciłem tak późno, jak zawsze. Że przecież gdy wróciła ze szkoły jazdy, to jeszcze mnie nie było i pojawiłem się długo, długo potem, na dobrą sprawę wtedy, gdy już pora była pójść spać.

Zamurowało mnie, bo zupełnie inaczej pamiętałem piątkowe popołudnie, więc na wszelki wypadek upewniłem się, czy Żona jest absolutnie przekonana o tym, że dokładnie odtwarza to, co stało się raptem kilkanaście godzin wcześniej. Tak, była pewna i zarzekała się, że właśnie tak było. Co więcej, nie dowierzała mi, gdy przedstawiałem moją wersję wydarzeń, a gdy po kolei przedstawiałem jej fakty wczorajszego dnia, które w moim uznaniu były przejawami dbania o nią, to nie dość, że przyznawała mi rację, że niby były, to zarzuciła mi dążenie do wywołania u niej wyrzutów sumienia. Zaprzeczyłem takiemu celowi mojego postępowania, ale po paru dniach wydaje mi się, że powinienem postąpić zupełnie inaczej.

Skoro Żona po parunastu godzinach nie pamiętała, że spędziłem cały wieczór w domu (o co wielokrotnie i słusznie się upominała!) to może powinienem pozwolić na to, żeby sumienie ją gryzło?

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Na straganie w dzień targowy

04 lut

Spędziliśmy dzisiaj pół dnia na zakupach, szukając dla Żony sweterka pasującego do czegoś fioletowego i czegoś żółtego, ale wpadającego w musztardowy i nadającego się do założenia do pracy. Podszedłem do sprawy metodycznie i najpierw sprawdziłem w Wikipedii, co to jest w ogóle ten kolor fioletowy. Wyczytałem, co następuje: „Kolor fioletowy można uzyskać na kilka sposobów, np. poprzez odejmowanie barw – nakładając na białą płaszczyznę półprzeźroczysty filtr (farbę) w kolorze żółtym i drugi w kolorze zielono-niebieskim.”

Uruchomiłem niezawodną męską logikę i stwierdziłem, że skoro do kolorów z definicji brakuje do kompletu tylko zielono-niebieskiego i szukanie tym właśnie odznaczających się ubrań zaproponowałem. W pierwszym odruchu Żona oczywiście zaprotestowała, na moje szczęście wyszło jednak, że fioletowy z jasnozielonym całkiem w porządku ze sobą współgrają. Morski niekoniecznie, ale popisałem się chociaż znajomością jakiegoś koloru spoza palety „biały, kolorowy, pedalski”.

W trakcie zakupów udało mi się parę razy wznieść na wyżyny krasomówstwa, czyli czegoś, co przez Żonę jest nazywane „pierdzeleniem jak potłuczony”.

Druga galeria handlowa, jedenasty sklep z ciuchami, siódma minuta w sklepie.
Ż: Co to był za dźwięk? Brzmiało jakbyś się zastrzelił!
J: Zrobiłem to już dzisiaj wiele razy. Ale, cholera, cały czas mnie respawnuje koło ciebie.

Pierwsza galeria handlowa, na drodze ku wyjściu na parking.
Ż: Tu nie mają sweterków takich jak ja chcę.
J: Dlatego właśnie pytałem, do jakiej galerii w okolicy chcesz jechać. Spośród czterech które wymieniłem.
Ż: Myślisz, że tam coś znajdę?
J: Aaa, zapomniałem, że jest jeszcze market budowlany.
Ż: Czy ja ci wyglądam jak dom?
J: Nie, ale na pewno jest tam stoisko z odzieżą BHP, co jak sama nazwa wskazuje, pozwala na bezpieczną i higieniczną pracę.
Ż: Taaa… Polecę do biura w kombinezonie roboczym. Ocieplanym. I w filcach.
J: Ja chodzę do pracy w swetrze z działu „Myślistwo i wędkarstwo” i nie widzę w tym nic dziwnego.
Ż: Bo w inne nie włazisz.

Pierwsza galeria handlowa, drugi sklep z ciuchami, Żona stoi przy kasie.
J: Wiesz, przed chwilą widziałem tutaj cały dział z narzędziami tortur!
Ż: (nic nie mówi, ale na twarzy ma gigantyczny znak zapytania pod tytułem: „co ty pieprzysz?”)
J: Mają tam takie gwoździe do wbijania w uszy, specjalne buty do robienia odcisków, sznurki do duszenia i zestawy „Kastet – zrób to sam”!
Ż: Korale czyli? A te gwoździe to kolczyki były?
J: Nazywaj to jak chcesz. Dla mnie to narzędzia tortur.
(w tym czasie przechodzimy do sklepu obok, sprzedają tam rajstopy i skarpety)
Ż: O, zobacz jakie małe, śliczne, skłodkie, różowe skarpeteczki. I już na małej, ślicznej, słodkiej, sztucznej stópce!
J: Dobra, dobra, to też narzędzia tortur!
Ż: Pogięło cię? Skarpetki dla niemowląt!?
J: No pewnie że tak. Nie słyszałaś nigdy, jak takie małe płacze, bo mu skarpetki zakładają?
Ż: Ale dlatego, że zakładają, a nie dlatego, że skarpetki. Narzędzia tortur, weź idź się lecz.
J: Ja i tak swoje wiem.
(wyszliśmy ze sklepu, pozostawiając skonsternowane sprzedawczynie i przybiliśmy sobie żółwika)

Podobały mi się dzisiejsze zakupy.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Przed milionami słuchaczy

21 sty

No to, parafrazując klasyka, ładnie mnie Żona przedstawiła przed milionami słuchaczy.

Ż: I widzicie, teraz już mam pewność, że resztę dnia mogę sobie spisać na straty. Panicz się obraził i teraz będzie fochy stroił.

Otóż panicz się nie obraził, panicza ogarnął zestaw uczuć będący miksem złości, wściekłości, zdenerwowania, bezsilności i zdegustowania.

Przyjechała do naszego miasta dzisiaj moja siostra, by odwiedzić przyjaciółkę ze studiów, która od niecałego miesiąca też tutaj mieszka. Do spotkania dołączyliśmy się my z Żoną i druga moja siostra, rzeczona przyjaciółka przyciągnęła ze sobą narzeczonego i w takim sześcioosobowym składzie umówiliśmy się w staromiejskiej restauracji. Ja przyszedłem odrobinę później niż reszta, bo miałem dzisiaj zjazd i dwa egzaminy, a i noc nie była najspokojniejsza, bo w przerwach śledzenia potyczki Phoenix Suns z Boston Celtics cyzelowałem program napisany na dzisiejsze zaliczenie. Rano program jeszcze nie działał, zaraz po pracy byliśmy umówieni na wieczorne ploty z innymi znajomymi, które tradycyjnie przeciągnęły się do pierwszej w nocy i stąd moja praca i rozrywka pod bacznym okiem Morfeusza. Co ważne, na przekąski związane z plotami wydałem większość posiadanych zasobów gotówki.

Do restauracji szedłem więc nie dość, że na ostatnią chwilę, to jeszcze bez kasy przy sobie – co ważne – o czym Żona była poinformowana (trudno, żeby nie wiedziała, sama mnie wygnała po wino do sklepu wieczorem). Podczas obiadu Żona zachowywała się, jakby za punkt honoru postawiła sobie wbicie mi takiej ilości szpil, jaką tylko się dało, i to już mnie dość mocno zirytowało. Gdy przyszło z kolei do płacenia, przypomniałem jej o tym, że liczę na zasobność jej portfela w tym względzie.

Ż: To ty nie masz przy sobie gotówki? Co ty sobie w ogóle wyobrażasz, czy ty jesteś poważny? – ze złością zaczęła mnie rugać, po czym – gdy zasugerowałem, że może kartą można zapłacić, opryskliwie zapytała się o możliwość płacenia kartą kelnerkę. Otrzymawszy odpowiedź twierdzącą od Bogu ducha winnej dziewczyny wypowiedziała do mnie zacytowane na początku słowa o paniczu, odnosząc się w ten sposób do rysującego się na mojej twarzy zdenerwowania.

Wyszedłem z restauracji, znalazłem bankomat i wypłaciłem sobie potrzebną kwotę pieniędzy, którą następnie zapłaciłem za swoją porcję.

I teraz siedzę, nie wiem, czy obrażony, czy nieziemsko wkurzony, w samochodzie i czekam na początek cosobotniej piłki, a oni poszli dalej w miasto.

Jak można z czegoś takiego zrobić problem?

 
Komentarze (281)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wyszło na moje

13 sty

Z niemałą satysfakcją odnotowuję, że miałem rację.

Jeszcze tydzień temu Żona rękoma i nogami broniła się przed kursem na prawo jazdy, a konieczność odbycia obowiązkowych 30 godzin jazd szkoleniowych traktowała w kategoriach kary i niezasłużonego okrucieństwa. Wcale jej się nie dziwiłem, bo gdy sam w wieku 17 lat miałem usiąść za kierownicą samochodu, byłem dogłębnie przekonany o tym, że na kierowcę się nie nadaję i nigdy nie zdobędę prawa jazdy. Przed kursem za kierownicą samochodu siedziałem może z dwa razy i po paruset metrach przejechanych polną drogą miałem tego serdecznie dosyć. Na szczęście trafiłem na kursie prawa jazdy na instruktorkę, która nie zważając na sprzeciwy z mojej strony już podczas pierwszych dwóch godzin praktycznej nauki kazała mi wyjechać na miasto, nie oszczędzając mi tego, czego najbardziej się bałem – zjechania stromą, krętą drogą i minięcia na jednym z jej zakrętów miejskiego autobusu.

Przedwczoraj, podczas drugiej jazdy Żony, przypadkowo spotkałem jej samochód w ruchu ulicznym i z radością odnotowałem, że radzi sobie może powoli, ale całkiem dobrze (mógłbym powiedzieć – nadspodziewanie, ale nie – właśnie tego się spodziewałem). Gdy przyjechaliśmy do domu, zapytałem się jej, czy się w końcu przekonała do jeżdżenia samochodem. Uciekła wzrokiem, uniknęła odpowiedzi. Od razu wiedziałem, że coś się święci, więc zapytałem, czy spodobało się jej jeżdżenie. Żona złożyła usta w ciup, z udawanym oburzeniem stwierdzając: „Nie.” Czyli się spodobało, bardzo.

Oprócz tego pożaliła mi się na swojego instruktora:
Ż: Byłoby wszystko dobrze, ale on na mnie krzyczy.
J: Krzyczy na ciebie? Dlaczego?
Ż: Bo się go nie słucham.

Czemu się tego nie spodziewałem?

—–

Po dzisiejszej porannej lekturze Listy Schorzeń… pardon!… klasyfikacji konkursu na Bloga Roku, odnalazłem się na początku drugiej setki pod względem ilości oddanych głosów. Obawiam się, że na laptopa i na skuter nie wystarczy, a że wykorzystałem już moje 12 niezarejestrowanych aparatów z kartami pre-paid, to cała nadzieja w Was, drodzy Czytelnicy.

Głos na bloga oddaje się poprzez wysłanie smsa o treści A00008 na numer 7122 (1,23 zł z VAT). Dziękuję!

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pączki albo życie

12 sty

Nowe zadania, powierzone mi przez przełożonych w pracy, spowodowały, że przez pewien czas znowu będę pracował w trybie zadaniowym. Jest to dla mnie wspaniała informacja, bo nie dość, że odrobinę odetchnę od pracy w biurze, to jeszcze mam bardzo duże możliwości elastycznego podejścia do czasu, kiedy moja praca ma być wykonana. Większość ludzi z mojego zakładu pracy traktowałoby powierzenie im takich obowiązków jak dopust boży, ale ja odbieram to wprost przeciwnie. Najbardziej widoczną w stosunkach pomiędzy mną a Żoną zmianą charakteru świadczonej pracy jest to, że teraz mogę wstawać rano kiedy chcę, co w ostatnie dwa ponure i deszczowe poranki oznaczało „później niż Żona wychodzi do pracy” i Żona wyraźnie mi tego zazdrości.

Wczoraj podczas ścielenia łóżka spod kołdry wypadła maskotka, którą Żona dostała od kogoś w tym roku w prezencie świątecznym. Pluszowy byczek na tyle jej się spodobał, że zabroniła mi go nawet dotykać, słusznie przeczuwając, że taka niecnota jak ja od razu coś wymyśli na cholerę. Złapałem maskotkę, wczorajszą gazetę i zrobiłem komórką zdjęcie, wkleiłem je do mmsa i przesłałem Żonie z komentarzem: „Maskotka została porwana. Do 16:00 2 pączki z marmoladą, albo spotka ją przypadkowy wypadek”. Przez chwilę żart wydawał się Żonie śmieszny, ale już chwilę potem przelał czarę jakiejś narastającej w niej goryczy. Nie dość, że mogę spać jak długo mi się podoba (z czego wcale nie korzystam zanadto, bo i tak wstaję w granicach 7:30), to jeszcze mimo zakazu odważyłem się dotknąć maskotkę. Przy okazji okazało się, że Żona cały czas jest zła na mnie za opublikowanie informacji o jej pierwszej jeździe na kursie na prawko na Facebooku.

Dwie moje próby wytłumaczenia jej, dlaczego to zrobiłem, dlaczego uważam, że to nic złego i dlaczego nie powinna się na mnie o to denerwować wcale nie załagodziły sprawy, wprost przeciwnie – dowiedziałem się, że jej w ten sposób nie szanuję i że pokazuję w ten sposób, że mam gdzieś to co ona do mnie mówi, bo ja i tak zawsze robię to, co uważam za słuszne według siebie, nie zważając na to, co ona powie. Jest to oczywiście potwierdzenie mojej niedojrzałości i stąd życzenia wszystkiego najlepszego w dorosłym życiu.

Zrozumiałbym, gdyby takie uwagi padały pod moim kątem w sytuacji, w której publikowałbym w sieciach społecznościowych statusy typu „idę kupę”, „miziamy się na kanapie” albo „co za zrąbany dzień, wszyscy wyp!” co pięć minut. Tymczasem jest zupełnie inaczej – na mojej tablicy próżno szukać kompromitujących zdjęć, wulgarnych komentarzy, dziwnych aktywności. Jest to raczej świadomie konstruowana wizytówka mnie w wirtualnym świecie, pokazująca moje zainteresowania, próbkę poczucia humoru, upodobania muzyczne. Pojawia się jedno pytanie: czy mam w związku z tym wszystkim udawać, że nie mam Żony, że nie jest częścią mojego życia?

A pączków i tak nie dostałem, kiepski ze mnie porywacz maskotek.

—–

Rozpoczęło się głosowanie na Blog Roku 2011!

Jeśli chcecie, żebym fundnął Żonie skuter i zabrał ją do Kanady, wyślijcie SMS o treści A00008 (A-cztery zera-osiem) pod numer 7122 (koszt 1,23 zł z VAT, dochód idzie na chore dzieci, więc one już ten konkurs wygrały).

 
Komentarze (71)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

stat4u <script language="JavaScript" type="text/javascript"> </script> <script language="JavaScript" type="text/javascript" src="http://adstat.4u.pl/s.js?sceny"></script> <script language="JavaScript" type="text/javascript"> </script>
  • Facebook